Sunday, 11 November 2012

De-motywacja.

Napisanie tego posta przekładałem już kilkukrotnie, nigdy nie będąc pewnym czy wybrana tematyka i konwencja będą odpowiednimi. Na początku miało być parę słów o tym jak to małe i duże firmy świadczące usługi w PL mają swojego klienta w dupie. W ciągu kilku dni zebrało mi się kilka ciekawych przykładów i chciałem coś w tym temacie zmontować, jednak zadałem sobie pytanie - po jaką cholerę? Po jaką cholerę mam kolejny raz udowadniać sobie i innym, że wiele osób w tym pięknym kraju nie dorosło jeszcze do odpowiedzialności, jaką niesie ze sobą prowadzenie biznesu w czasach kapitalizmu? Jak jest wszyscy wiedzą, koniec ze smęceniem. 

W ciągu kilku następnych dni koncepcja zmieniła się o 180 stopni - dlaczego by nie napisać czegoś pozytywnego. Jak na moje ogólne nastawienie do życia, myśl wręcz rewolucyjna. Ale z pomocą przyszło życie codzienne i kilka firm, które o klienta dbać się nauczyły. Pierwszą z firm, która dostaje moją oficjalną pochwałę jest Cyfrowy Polsat. Ich główną zasługą jest udostępnienie swojego mobilnego internetu LTE na tygodniową próbę i nie robienie problemów, kiedy po tym tygodniu chce się z ich usługi zrezygnować. Niby nic, a jednak. Ile to razy w takich sytuacjach okazywało się, że na stronie 35 regulaminu pisanego czcionką rozmiaru 6, którego rzecz jasna nigdy nawet nie otworzyliśmy, był zapis uniemożliwiający nam zrezygnowanie z takiej usługi mimo, że na przy podpisywaniu umowy zapewniano nas o takiej możliwości. Tutaj jednak wszystko poszło bezproblemowo, a więc ukłony w stronę Cyfrowego Polsatu. 

Druga firmą, która zasługuje na wyróżnienie jest inny dostawca internetu, a mianowicie - Vectra. Okazało się, że instalacja internetu może odbyć się następnego dnia od podpisania umowy, może zająć 5 minut liczone od otworzenia drzwi monterowi do czasu ich zamknięcia za nim i przy okazji można załapać się na gratis. Gratisem w moim przypadku jest pozostawienie łącza tv mimo, że w podpisanej umowie nie było o nim mowy, a rzeczony monter miał owe łącze zdemontować. Nic takiego jednak nie miało miejsca, a więc umowy brak, usługa jest a i ten internet lata jak szalony, a więc mucha nie siada. A do tego umowa na 9 miesięcy - bajer. Sytuacja, którą opisuję nie jest może jakaś rewolucyjna ale postarajcie się mnie zrozumieć - ja pamiętam podłączanie internetu jako bardzo długi i skomplikowany proces, gdzie umówienie montera zajmowało dwa tygodnie, jak już się dokopało do wolnego terminu to trzeba było swoje odczekać, jak już spec przyjechał do dwie godziny wiercił dziury w ścianach i nigdy nic do końca nie było jak trzeba no i potem żeby usługa odpaliła to parę(naście) telefonów do call center bo zielona lampka mruga a nie powinna. 

Jeśli chodzi o mojego byłego pracodawcę, to postanowił utrudniać mi życie dalej mimo, że już dla niego nie pracuję. Kiedy zjawiłem się w firmie po swoje pieniądze okazało się, że chce odliczyć 300zł z tytułu uszkodzonego urządzenia, co niby miało być moją winą. Skracając całą historię - on znów się zaczął na mnie wydzierać, mi poszła żyłka  - wydarłem się na niego, on po tym oniemiał a jego ojciec powiedział, że pieniądze prześle pocztą. Wróciłem do domu, przemyślałem sprawę i wysłałem maila informując go, że jeśli pieniądze nie pojawią się na koncie do końca tygodnia to w poniedziałek zakładam mu sprawę. Jakiś skutek to odniosło, bo odpisał, żebym mu przysłał rachunek i on to rozważy... Nic to, zobaczymy co powie na rachunek. Ale tak zdałem sobie sprawę, patrząc wczoraj na stan mojego konta, że gdybym odzyskał pieniądze od pierwszego polskiego pracodawcy, który mnie oszukał i od drugiego, który oszukać mnie próbuje, to nie dość, że debet na koncie zostałby tylko wspomnieniem ale i parę złotych na koncie by jeszcze zostało. Co w obecnej sytuacji gdy szukam pracy, byłoby bardzo pomocne. A więc zdjąłem z siebie nieco odpowiedzialności za moją chwilową sytuację finansową - co zrobić jak każdy próbuje Cię wydymać? 

Z tym szukaniem pracy to też udało mi się dojść do czegoś nowego, o dziwo, czekając w poczekalni mojej dentystki aż będzie mogła mnie przyjąć. Mimo tej obecnej sytuacji na rynku pracy, tzw. jakakolwiek praca jest dostępna i nie ma co się oszukiwać. Można załapać się do wykładania towaru w hipermarkecie i może te 1200zł na rękę się wyciągnie. Pytanie jakie się u mnie pojawiło było oczywiste - dlaczego nie mam jeszcze chociażby takiej jakiejkolwiek pracy? Przez dłuższy czas nie wiedziałem czym jest powodowana moja niechęć do takiego miejsca pracy, nie pracowałem w takim miejscu nawet jednego dnia przecież. I potem pojawiło się kolejne pytanie - czy gdyby analogiczna sytuacja miała miejsce w UK to też bym unikał takiej pracy. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że nie. Tak naprawdę takie Tesco było tam bardzo dobrą firmą, w której można było nie tylko zarobić sensowne pieniądze, ale i awansować, zacząć jakąś karierę. I siedząc w poczekalni u tej mojej dentystki w końcu mnie naszło - wstyd. Ja się po prostu wstydzę pracować przy wykładaniu towaru w Polsce. Tam nie robiło by mi to różnicy, praca jak praca, nikt Cię przez jej pryzmat nie będzie oceniał. Ale tutaj to co innego. No bo co, spotkasz się w grupie znajomych i powiesz, że Ty przez 8 godzin dziennie wykładasz na półki makaron czy puszki? A już nie daj Boże spotkać jakiegoś znajomego. Wiecie, może nie jest to problemem jak masz 21 lat i studiujesz, ale jak masz prawie 30? Co ktoś może pomyśleć? To co Ty facet robiłeś przez 10 lat tzw. kariery zawodowej, że teraz siedzisz w sklepie i wykładasz towar? Przecież to mogłeś robić już 10 lat temu? 

No nic, przynajmniej wiem co mnie blokuje, pytanie co z tym teraz zrobić. Ale na brak motywacji nie mogę narzekać. Wystarczy, że sprawdzę stan swojego konta bankowego i od razu jakoś mi łatwiej sobie przyswoić wszystko, nawet myśl o pracy w hipermarkecie. I czy tak naprawdę liczy się to co robimy, czym się zajmujemy? W pewnych sytuacjach tak, ale w sytuacjach kryzysowych (czytaj: teraz) ważniejsze jest chyba, że się robi cokolwiek, co przybliża nas do rozwiązania problemu. 

Jak widać, wizyty u dentysty pomagają nie tylko na zęby. 

Friday, 26 October 2012

Hi-tech po polsku.

Swoją kolejną pracę po nieruchomościach znalazłem dość szybko. Rzecz jasna, biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynku pracy (już mi uszami wychodzi to określenie: obecna sytuacja na rynku pracy - niby nic a mówi wszystko) cieszyłem się, że nie zostałem bez zajęcia zbyt długo. 

Zaoferowana mi praca miała przebiec trzy etapowo: tygodniowe przygotowania do targów w Kolonii, tygodniowe targi w Kolonii i wszystko co potem. Wynagrodzenie też nie było złe, usłyszałem: 'Za pierwszy tydzień pracy oferujemy Ci 1000zł, za drugi 1000zł no a to daje 4000zł miesięcznie'. Mucha nie siada, co? Ofertę przyjąłem i zacząłem walkę (dosłownie!) z przygotowaniami do targów. 

W ciągu siedmiu dni przetłumaczyłem całą stronę internetową firmy i ich katalog produktów, co do dzisiaj uważam za wyczyn, szczególnie przy takiej ilości fachowego słownictwa jakie tam występowało. Już wtedy zauważyłem, że Szefostwo ma szczególną metodę porozumiewania się: krzyk i bluzgi. I co zabawniejsze: właścicielem firmy był absolwent dziennikarstwa a jego głównym doradcą jego ojciec (Jarek Wielki), facet z (podobno) wieloletnim doświadczeniem w międzynarodowych firmach i kiedysiejszy pracownik naukowy na Politechnice. A sama firma nie sprzedawała ziemniaków tylko specjalistyczny sprzęt do tworzenia prezentacji 3D i 360 stopni. W tym kontekście ich nieustanne darcie się i bardzo niewybredny dobór słownictwa wydawały mi się jeszcze dziwniejsze. 

Po powrocie z targów siedliśmy razem żeby finalnie ustalić warunki współpracy i zakres moich obowiązków. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że mam zarabiać nie 4000zł miesiąc ale... 1000zł podstawy + 500zł premii uznaniowej. No i procent od sprzedaży. Rozdźwięk między tym co mi oferowano przed targami a tym co mi zaoferowano po nich był druzgocący. Wiadomo - obecna sytuacja na rynku pracy bleeeeee - postanowiłem tam zostać, przynajmniej jakiś czas. 

Niestety, ale wraz ze znacznym zmniejszeniem się moich zarobków, forma współpracy nie zmieniła się nic a nic. Elastyczne godziny pracy z ogłoszenia okazały się być niczym innym jak powiedzeniem - miło by było gdybyś pracował więcej niż 8 godzin dzienne i dorzucił do tego weekendy, o pieniądze za to nie pytaj. Moje dotychczasowe doświadczenia z różnych miejsc pracy nauczyły mnie na pewno jednego - teoretycznymi, hipotetycznymi czy prognozowanymi zarobkami rachunków nie zapłacisz. Mówienie - tyle dostaniesz od firmy, ile dasz od siebie jest frazesem, brzmi ładnie i ma motywować. W praktyce oznaczało to kilkaset złotych więcej do wypłaty na koniec miesiąca, które nie wiem czy pokrywało nawet ilość dodatkowych, przepracowanych godzin. A więc z uporem maniaka pracę zaczynałem o 8 i kończyłem o 16 - ani minuty później, co rzecz jasna mojemu pracodawcy nie było na rękę. 

Pracy tam nie mogę określić inaczej jak podręcznikowy przykład mobbingu. Wydzierano się na mnie regularnie, praktycznie za wszystko co możliwe. Okazało się nagle, że to ja jestem winny wszystkim sprawom, które w firmie szły nie tak, łącznie z tymi, które zaistniały jeszcze przed moim przyjściem do tej firmy. Każda moja czynność była kontrolowana, każdy krok i każde 5 minut pracy. I wszystko co robiłem było źle. W końcu po jednej kłótni wywalczyłem święty spokój na miesiąc czasu, żebym mógł realizować swój program rozwoju firmy. W ciągu pierwszego tygodnia zrobiłem nowe cenniki, nowe ofertówki dla klientów i kilka innych rzeczy  i zgadnijcie co! Podobało im się! Co nic a nic nie zmieniło ich nastawienia do mnie. Nadal byłem traktowany jak chłopiec do bicia. 

Czara goryczy jednak się przelała na targach e-commerce, które miały miejsce dwa dni temu we Wrocławiu.  Wokoło firmy z całej polski, potencjalni klienci i potencjalni partnerzy handlowi - a Szef z Jarkiem Wielkim zaczęli od robienia dymu na pół Hali Stulecia. Pokłócili się z wystawcami obok, że ich zasłaniają, że są tam gdzie ich być nie powinno, że mają się przesunąć. Gdyby nie interwencja organizatora to nie wiem jak to by się skończyło. No a potem znów zaczęli jeździć po mnie aż do momentu, kiedy warknąłem na Ojca Szefa, żeby nie podnosił na mnie głosu, bo sobie tego nie życzę - poskutkowało (chociaż szczerze mówiąc to miałem ochotę powiedzieć mu to znacznie bardziej dobitnie). Wyobrażacie sobie? Ludzie wokoło, firmy, spotkania biznesowa a oni jeżdżą po mnie jak po burej suce. 

Cała sytuacja zakończyła się w momencie, gdy zlecono mi pilnowanie jakiś kabli przy jednym ze skanerów, bo poprzez swoje uwielbienie do robienia wszystkiego na ostatnią chwilę Pan Jarek nie zabezpieczył ich odpowiednio. Wystarczyła jedna chwila nieuwagi, kable się zaplątały w maszynę łamiąc jej obudowę. Oczywiście winnym zostałem okrzyknięty ja, oczywiście pomijając fakt, że Jarek Wielki w momencie awarii sprzętu stał naprzeciw niego, patrząc się na te klinujące się kable. A więc od słowa do słowa - zabrałem swoje rzeczy i opuściłem targi stwierdzając, że dalsze użeranie się z tymi dwoma czubkami nie ma żadnego sensu. 

W swoim życiu pracowałem w różnych firmach, ale z takimi oszołomami nie miałem jeszcze do czynienia. Młodszy - bez pojęcia o biznesie, robiącym wszystko na wyczucie, latający z każdym mailem do Jarka Wielkiego, żeby ten mu go sprawdził (może przyzwyczajenie z młodszych lat i dyktand w domu?!). No i Jarek Wielki, który w życiu robił już wszystko, zna się na każdej dziedzinie biznesu i jako jedyna osoba na planecie ma patent na prawdę i słuszność w każdej sprawie. Mówią 'każdej' dodam tylko, że potrafił sprawdzać maile, które pisałem po angielsku, samemu po angielsku nie mówiąc... No i brak umiejętności jakiegokolwiek planowania, co dobijało mnie najbardziej. Przed targami w Kolonii pracowaliśmy do późna, od 8 do 21-22, najwięcej pracowałem 15 godzin w ciągu dnia. Przebili samych siebie przed targami we Wrocławiu (Hala Stulecia jest mniej niż 20 minut autem od siedziby firmy), kiedy dzień przed nimi pracowali do 01:30 a.m., zaliczający tym samym 17.5 godzinny dzień pracy. 

Tak naprawdę sytuacje, które opisałem to jedynie drobny wycinek codziennego gnębienia psychicznego, którego doświadczałem. Miałem wiedzieć i umieć wszystko, nawet to czego mi nigdy nie wyjaśniano, nie pytano mnie o zdanie przy podejmowaniu decyzji dotyczących mojego departamentu a później obarczano mnie winą za negatywne skutki tych decyzji. Ten post miał powstać dawno temu, ale miałem taki chaos w głowie, że nie wiedziałem nawet od czego zacząć i jak to wszystko opisać. Podczas pobytu w UK pracowałem w rodzinnej firmie, którą prowadziło dwóch braci a ich Ojciec pełnił rolę doradcy, kiedy mieli z czymś problem. Przez 1.5 roku nie słyszałem ani razu żeby na siebie krzyczeli, raz na sto lat rozmawiali podniesionym głosem. Ale każdy miał określone obowiązki, każdy wiedział co powinien robić i za co odpowiada. A tutaj?! Wszyscy robili wszystko, Jarek Wielki kontrolował absolutnie każdą czynność w firmie, jednocześnie nie przyjmując na siebie odpowiedzialności za nic i po raz pierwszy w życiu widziałem ojca i syna, którzy porozumiewali się na tak prostackim i chamskim poziomie. 

Nic to, oni są już dla mnie przeszłością, niech teraz budują sieć dystrybucji w Wielkiej Brytanii sami, Jarek Wielki przecież zna angielski... Ja znów wylądowałem na naszym rynku pracy i będę doświadczał na własnej skórze obecnej sytuacji na nim panującej. 

Thursday, 4 October 2012

Metro-kapitalizm, czyli jak jeden uśmiech może zrobić z Ciebie sprzedawcę roku.

Trochę czasu od ostatniego wpisu minęło, co się zmieniło? Wszystko. Praca w nieruchomościach jest tylko odległym wspomnieniem, mogę ze spokojem napisać - całe szczęście. Po kilku (dwóch?) tygodniach początkowej ekscytacji, czar prysł i przychodzenie tam codziennie stało się męczarnią. To, że prestiż pracy agenta nieruchomości w Polsce jest jedynie mitem przyniesionym z zachodnich filmów, pisałem już w poprzednim poście. Teraz mogę jedynie dodać, że jest to praca, którą może wykonywać absolutnie każdy. Jeśli tylko umiesz sobie radzić z codziennym, nieustannym i wielokrotnym odrzuceniem to mogę napisać, że jesteś nawet predysponowany do tego rodzaju pracy. Ja nie czuję się tego typu osobą, a inna sprawa, że nie lubię pracy odtwórczej. Zawsze mi się wydawało, że sprzedaż mieszkań wymaga talentu, umiejętności prezentacji i 'tego czegoś'. Nic z tych rzeczy. Tu działa prosta matematyka: x telefonów = x spotkań, x spotkań = x przyjęć, x przyjęć = x prezentacji, x prezentacji = x sprzedaży. Tutaj działa średnia, na 12 pokazanych mieszkań, statystycznie, powinieneś mieć jedną sprzedaż. Mało to ambitne, po prostu tłuczesz codziennie to samo aż cyfry same zaczną pracować na Ciebie. Jednych to może bawi, mnie jednak nie specjalnie. 

Rozmowa z przełożonym o opuszczeniu pracy była... szczególna. Wydawał się osobiście urażony faktem, że chcę opuścić tą firmę i jego zespół. Powołał się nawet na fakt, że podczas rozmowy kwalifikacyjnej powiedziałem, że jestem odporny na stres i nie zniechęcam się łatwo. Wyśmiałem go... Spytałem, czy on naprawdę stara mi się powiedzieć, że ufa, iż każdy kandydat mówi mu prawdę, całą prawdę i tylko prawdę? Wyjaśniłem mu, że na rozmowie kwalifikacyjnej działa taka zależność - oni mówią mi wszystko co muszę usłyszeć żeby chcieć tą pracę, a ja im wszystko co potrzebne żeby tą pracę dostać. Gdyby to jego oburzenie było jeszcze szczere to może miałbym jakieś wyrzuty sumienia. Jednak kiedy takie słowa kieruje do Ciebie zawodowy sprzedawca (czytaj: człowiek, który żyje z kłamania, lub w najlepszym wypadku, naciągania faktów) to cała sytuacja wydaje się być naprawdę komiczna i kuriozalna. Oddałem wszystkie służbowe sprzęty, druki i inne pierdoły, potem pożegnałem się z całą ekipą, kierownikiem regionalnym i tyle mnie widzieli. 

Krótka bo krótka, ale praca w nieruchomościach była dla mnie ciekawym doświadczeniem. Dzień zaczynał się od prasowania koszuli, zakładania garnituru, potem podróż do pracy. A potem niekończące się telefony i ganianie po mieście. To za co tą firmę mogę pochwalić, chociaż nie wiem czy to akurat jej zasługa, to grupa ludzi, z którymi pracowałem i ogólna atmosfera. Wszyscy siebie wspierali, pomagali sobie, motywowali się. Bardzo fajna sprawa, chociaż miałem czasami wrażenie, że balansuje to na pograniczu szczerego wsparcia i ciśnięcia na rezultaty, na sprzedaż. O ile w przypadku zwykłych pracowników nie było takich wątpliwości, to manager szybko okazał się człowiekiem, który cokolwiek robił to robił to żeby wycisnąć z Ciebie jak najwięcej sprzedaży, wrażenie troski o Ciebie i szczerego wsparcia gdzieś zanikało, rozmywało się. 

Od zakończenia tej pracy minęło już trochę czasu, rozpocząłem nowy rozdział pt. "A teraz czas na kapitalizm po Polsku". Powiem Wam, że ta część jest nie mnie fascynującym zjawiskiem biznesowym jak nieruchomości, ale o tym może innym razem. 

Monday, 3 September 2012

Dzwonię do Pani / Pana w bardzo (nie)typowej sprawie...

Mam za sobą jakieś dwa tygodnie pracy w nieruchomościach. Wnioski? Wszystko zawsze wygląda lepiej w teorii. 

Moje wyobrażenie o pracy agenta nieruchomości uległo w ciągu tego krótkiego czasu szybkiej i konsekwentnej degradacji. Okazało się, że historie o prestiżu i wysokiej pozycji społecznej osób pracujących w tym fachu to nic innego jak efekt oglądania swojego czasu zbyt dużej ilości zagranicznych programów na kablówce, pokazujących pracę w agencjach nieruchomości. Odpowiedź na pytanie 'jak to się ma do polskich realiów' jest dość oczywista. Nijak. 

Co oferują polskie agencje nieruchomości? Długie godziny pracy, łącznie z sobotami i niedzielami, zarobki oparte w 100% na prowizji i możliwość zarabiania trochę więcej niż średnia krajowa. Jednak na co dzień to nic innego jak zacięta walka o klienta z około dwustoma innymi agencjami nieruchomości z terenu Dolnego Śląska. Jeśli masz szczęście to jesteś 5-6 osobą dzwoniącą w ciągu kilku ostatnich godzin i mówiącą, że Ty na 200% masz klienta na to mieszkanie, a jedyne co stoi na przeszkodzie między sprzedającym a umową przedwstępną to konieczność podpisania z Twoją agencją umowy o współpracy. No i rzecz jasna ta drażliwa kwestia prowizji, którą akurat firma dla której pracuje ma największą na rynku. Jeśli natomiast nie masz tyle szczęścia to jesteś 16-17 osobą, która dzwoni do klienta danego dnia - sami sobie dopowiedzcie jak wygląda taka rozmowa. 

Wydaje mi się, że agencje nieruchomości, ale i ich klienci, muszą wiele zrozumieć i się nauczyć żeby dojść do standardów panujących na zachodzie. Tam nie agent lata za klientem, a klient za agentem. Nikt tam nie przeprowadza transakcji prywatnie myśląc, że jakoś to będzie. Nie twierdzę jednak, że praca w nieruchomościach jest zupełnie do bani. W zespole mamy kilka osób, które się w tym temacie odnalazły. Mają swój rytm pracy, swoich klientów no i średnio te 4-5 tyś. zł mają. Jednak zdecydowanie nie jest to praca dla każdego, o czym najlepiej świadczy rotacja wśród pracowników. W ciągu dwóch tygodni z ok. 15 osobowej grupy odeszło trzech pracowników, w tym jeden świeży, reszta pracowała tam po kilka miesięcy. Dwie kolejne osoby z ostatniego naboru odpadną prawdopodobnie w ciągu kolejnych dwóch tygodni co by oznaczało, że nie zostanie już nikt z ostatniej rekrutacji. Kto się zgłasza do pracy w agencjach nieruchomości? Powiedziałbym, że wszyscy, którzy nie mają lepszych opcji, coś w stylu a spróbuję, co mi szkodzi? Jednak brak jakiejkolwiek podstawowej wypłaty, długie godziny pracy i codzienny kontakt z klientami, którzy zazwyczaj do współpracy nie są chętnie nastawieni, zbiera swoje żniwa. 

W chwili obecnej pracę w polskiej agencji nieruchomości mogę określić nie inaczej jak akwizycję. Fakt, że najwyższego stopnia trudności, ale akwizycję. Czekam na czasy, kiedy percepcja ludzi się zmieni i zamiast za intruza i darmozjada, ludzie zaczną agentów nieruchomości brać za sprzymierzeńców i osoby, które chcą im faktycznie pomóc.

Saturday, 11 August 2012

Arytmetyka strachu.

Co wiedziałem od dawna, a co potwierdza moja ostatnia lektura, strach ma wielkie oczy. Pragniemy w życiu zmian jednocześnie się ich bojąc. Wiele osób mówi, że chciałoby rzucić wszystko i wyruszyć w podróż dookoła świata. Dlaczego chcą podróżować? Bo to ekscytujące i pozwala poznawać wiele nowych miejsc, sytuacji i ludzi, odpowiadają zgodnie. Dlaczego tak niewiele osób decyduje się na to? Bo wywołuje to w nich strach. Ci sami nowo poznani ludzie, miejsca i sytuacje, które powodują w nich poczucie ekscytacji i tęsknoty, wywołują w ludziach wielkie poczucie strachu. 

Nic dziwnego, skoro przez lata nam się wmawia, że celem naszego życia jest ukończenie podstawówki, liceum, studiów a potem praca na etacie. Po co nam praca na etacie? Żeby uzbierać na emeryturę. Prosty i jasny plan, wydawałoby się. Jest to tak doskonały plan, że nikt nie poddaje go pod wątpliwość... dopóki nie jest już za późno. A co gdyby postarać się żyć tu i teraz? "4 godzinny tydzień pracy" ma wiele odpowiedzi na takie pytania. 

Tak naprawdę to wszystko jest w naszym zasięgu, to tylko kwestia przestawienia myślenia. Nie trzeba być milionerem żeby podróżować po świecie, zazwyczaj jest to dużo tańsze niż nam się wydaje. Wystarczy usiąść i policzyć, ja tak zrobiłem i teraz już wiem, że nie muszę  być milionerem żeby spełniać swoje marzenia. Nie za 10 czy 20 lat, ale tu i teraz. I wbrew pozorom te wszystkie przemyślenia nie przyszły do mnie po przeczytaniu jednego z wielu nawiedzonych poradników lifestyle, ale po skończeniu lektury książki biznesowej. 

Usiadłem wczoraj przy kawie i zacząłem się zastanawiać, jak to jest z tym moim strachem (od czytania mądrych książek człowiek nie staje się globetrotter'em, boję się zmian tak samo jak każdy). Stwierdziłem, że ludzie boją się często podejmowania radykalnych decyzji z obawy, że stracą to co już mają a potem ciężko im to będzie odzyskać. A więc usiadłem z kartką papieru i zrobiłem podsumowanie: 

nieruchomości: BRAK
ruchomości: znikome
oszczędności: BRAK
kariera: BRAK
kredyt na mieszkanie: BRAK
dzieci: BRAK
alternatywne mieszkanie: TAK
możliwość podjęcia w dowolnie wybranym momencie
awaryjnego zajęcia zarobkowego: TAK

podsumowanie: Nie mam żadnych zobowiązań, nic co musiałbym zostawiać za sobą, nic czego mógłbym żałować. Jeśli coś nie pójdzie to zawsze mogę wrócić do domu rodzinnego i tam zamieszkać, po czym zacząć od momentu, w którym skończyłem. 

A więc skąd ten strach? No właśnie. Większość ludzi pracuje całe życie po to żeby jeździć raz na rok na dwutygodniowe wakacje a na emeryturę osiąść i liczyć ile im brakuje na lekarstwa, ile na rachunki a ile na czynsz. Tak przynajmniej wygląda to w realiach polskich. Ja jednak spróbuję żyć tu i teraz. Jeśli by wziąć kartkę papieru i zrobić podsumowanie to niechybnie okazałoby się, że większym ryzykiem całościowo patrząc jest czekania na swoją emeryturę w Polsce, niż podróżowanie po całym świecie i poznawanie czym naprawdę jest życie. Chcę pracować i zarabiać, ale na moich warunkach. 

Krok pierwszy już chyba zrobiłem. Właśnie zaoferowano mi pracę w bodajże największej sieci biur nieruchomości w Polsce, zaczynam w poniedziałek. Na rozmowie kwalifikacyjnej z lokalnym dyrektorem poszło mi tak sobie, nie do końca byłem z siebie zadowolony. Dyrektorowi regionalnemu, z którym miałem drugą rozmowę nie dałem już żadnych szans... Co to dla mnie oznacza? Pracę, w której 100% Twojej wypłaty wynika w 100% z Twojego zaangażowania oraz luźne godziny. Niezły początek :-)  



Thursday, 9 August 2012

4 godzinny tydzień pracy.

Po wielu dniach kompletnego bezruchu, gdzie większość czasu zajmowało mi śledzenie kolejnych niepowiedzeń polskich olimpijczyków i zastanawianie się nad brakiem ukierunkowania w swoim życiu, powoli zaczyna się odwilż. Sam do końca nie wiem czym jest ona spowodowana. Jakiś znaczących sukcesów na swoim koncie, które mogłyby przywrócić mi wiarę w siebie samego nie odnotowałem. No chyba, że za sukces można uznać przejście do drugiego etapu rozmowy kwalifikacyjnej, na którą zaprosiło mnie największe biuro nieruchomości we Wrocławiu. 

A może ta odwilż ma związek z moją nową lekturą pt. '4-godzinny tydzień pracy', autorstwa Timothy'ego Ferriss'a. Sam jej tytuł brzmiał dla mnie na tyle odstraszająco, że książka ta przeleżała na półce nietknięta od momentu, w którym wprowadziłem się do obecnego mieszkania (zostawił ją właściciel, który sam mieszka w UK). Dzisiaj jednak coś mnie natchnęło i postanowiłem dać jej szansę, jak na razie zapowiada się całkiem nieźle. Jedna rzecz już teraz odróżnia ją od podobnych publikacji, no, może dwie rzeczy. Po pierwsze - autor na poczucie humoru. Po drugie, ma dystans do siebie samego i nie kreuje się na wizjonera biznesu. A przynajmniej nie tak natarczywie jak to robią wszyscy autorzy książek związani z Apple. Chociaż tak naprawdę to ja nie o samej książce chciałem, bo i na jej temat mam stosunkowo niewiele do powiedzenia. Autor opisywał na początku krótką historię swojego życia. Nie było to życie natchnionego geniusza, nie przejawiało w początkowych fazach końcowego sukcesu i było pełne projektów, które nie wypaliły. 

Sięgnąłem więc pamięcią do lat dawnych i zacząłem sobie przypominać jak to było, kiedy jeszcze nie bałem się nowych projektów. Szybko stwierdziłem, że można w historii mojego życia znaleźć sytuacje wskazujące na to, że może koniec końców, ale do czegoś się nadaję. 

Kiedy miałem jakieś 17 lat, zostałem redaktorem na drugim co do wielkości portalu o grach komputerowych w Polsce. Już wtedy nie miałem problemu z tłumaczeniem materiałów anglojęzycznych i układaniem ich w zgrabne zapowiedzi wydawnicze czy recenzje nowości. 

Jakoś mniej więcej w tym samym czasie spędziłem 1.5 roku współredagując młodzieżowy program w radiu katolickim. Do swoich największych sukcesów w tej dziedzinie uważam fakt, że w ogóle tak długo się tam utrzymałem biorąc pod uwagę mój nosowy, bardzo mało radiowy głos. No i jako sukces oczywiście zaliczam również puszczanie na antenie piosenek Pearl Jam czy Nirvany...

Kolejny przejaw geniuszu to moja chyba miesięczna kariera przy sprzedaży produktów Tele2 (tanie rozmowy z telefonów stacjonarnych). Po kilku dniach spędzonych na łażeniu od drzwi do drzwi, kiedy to byłem lekceważony, olewany i ignorowany, siadłem i wziąłem się na sposób. Chwyciłem za książkę telefoniczną i obdzwoniłem 10-12 podstawówek, umawiając się na spotkania z dyrektorami. Miałem nie więcej niż 20 lat i absolutnie żadnego doświadczenia w sprzedaży. Jeśli dobrze pamiętam, to podpisałem kontrakt w każdej z tych szkół. 

W którymś momencie w liceum stwierdziłem, że na wiedzy da się zarobić. Książki z polskiego dostępne na rynku były do niczego, za nic nie dało się z nich uczyć, trzeba było bazować na notatkach. Stwierdziłem, że skoro ja mam ten problem, to pewnie inni też. W około pół rogu przygotowałem opracowanie wszystkich epok literackich, łącznie z biografiami, słowniczkami i omówieniem najważniejszych zagadnień. Opracowanie było drukowane i sprzedawane za... 150zł.  Udało się ich sprzedać 3-4, ale sam fakt tego, że ktoś to kupił był dla mnie wielkim sukcesem. Gdyby udało się zmniejszyć koszty druku lub rozpowszechniać to inaczej niż w formie drukowanej, zyski mogły być nieporównywalnie większe. 

Jak widać, jakieś tam przebłyski myśli przedsiębiorczej miałem. Młody wiek jednak cechował mnie bardzo krótkoterminowym zaangażowaniem w rozpoczynane projekty, dlatego też żadna z tych rzeczy nie przyniosła wymiernych korzyści. Jednak wracając wspomnieniami do tamtych chwil w takim momencie jak ten, kiedy pracy i perspektyw brak pocieszam się, że może jeszcze nie wszystko stracone. Bo skoro to coś było we mnie od najmłodszych lat to znaczy, że nadal tam jest. 

Wracam do lektury...

Thursday, 2 August 2012

Idealnego pracownika zatrudnię od zaraz.

Jakieś dwa tygodnie poszukiwania nowego zajęcia za mną, jakie rezultaty? Biorąc pod uwagę, że jest po 10 rano a ja siedzę w domu pijąc kawę, oglądając poranną telewizję i myśląc co zrobić na obiad, to marne. Jednak nie można powiedzieć, że zmarnowałem ten czas, co to to nie. Udało mi się bowiem stworzyć obraz idealnego polskiego kandydata do pracy, a kandydat taki musi spełniać w tym samym czasie wszystkie poniższe warunki: 

  • wiek do 25 lat
  • absolwent studiów wyższych 
  • status studenta
  • co najmniej trzy lata doświadczenia zawodowego
  • grupa inwalidzka
  • zarejestrowany w urzędzie pracy
  • gotowy do odbycia trzymiesięcznego bezpłatnego stażu, co najmniej 40 godzin tygodniowo

Okej, może trochę przesadziłem, ale poziom mojej frustracji wzrasta wprost proporcjonalnie do czasu spędzonego bez sensownego, kreatywnego zajęcia. Najbardziej mnie jednak wkurza świadomość, że po przejściu tych całych cudacznych procesów rekrutacyjnych okazuje się, że Twoja praca będzie polegała na odpisywaniu na maile i sortowaniu poczty. Co nie przeszkadza pracodawcy szukać kandydata z wyższym wykształceniem, kilkoma lat doświadczenia na podobnym stanowisku, mówiącego w co najmniej trzech językach i spełniającego szereg innych bezsensownych wymagań. A jak już je spełniasz to przydałoby się, żebyś miał status studenta lub grupę inwalidzką, bo Twój nowy pracodawca za wszelką cenę  chce uniknąć płacenia wyższych ZUS'ów. Tutaj jednak (niestety) muszę przyznać trochę racji. Fakt, że jeden problem to podejście przyszłych pracodawców do procesu rekrutacji, ale inna sprawa to podejście rządzących, którzy nijak nie pomagają młodym w zdobyciu pracy. 

Z zachodu przejęliśmy wiele wzorców, np. procesy rekrutacji pracowników. Ktoś jednak zapomniał, że idealni kandydaci nie rosną na drzewach, że aby ich szkolić jest potrzebny odpowiedni system edukacji, z programem dostosowanym do aktualnych potrzeb rynku pracy. A że to wymaga dużo czasu, wysiłku i pieniędzy to tak kręci się ta karuzela. Oni udają, że szukają pracowników idealnych, my udajemy, że tymi pracownikami jesteśmy... 

p.s. Tylko rodzi się we mnie coraz większy żal jak na to patrzę. A gdzie miejsce w tym wszystkim dla młodych i ambitnych ludzi, którzy jedyne czego potrzebują żeby udowodnić swoją wartość, to danie im szansy? 

Tuesday, 17 July 2012

Spec do wynajęcia.

I tak oto z dniem wczorajszym stałem się kolejnym bezrobotnym, zasilającym niezliczone zastępy nierobów bez etatu. Nie to żeby mnie ktoś z pracy wyrzucił, o nie. Ja tak sam z siebie odszedłem, widać za dobrze mi było z wypłatą co miesiąc. Czy żałuję? Oj tak. Że nie zrobiłem tego wcześniej. 

Kiedy dostałem tą pracę to wydawało mi się, że złapałem Pana Boga za nogi. Umowa o pracę po całych trzech tygodniach okresu próbnego, duża podwyżka i niezła premia co miesiąc. No i duża możliwość rozwoju, realizowania nowych koncepcji, projektów, coś w sam raz dla mnie. Miesiąc czy dwa wszystko szło nieźle, potem jednak okazało się, że piękne plany i wizje przytłoczyła zwykła Polska rzeczywistość. Premie szybko się skończyły, kolejne raporty naprawy sytuacji w firmie pozostawały bez odpowiedzi. Podobnie jak moje nowe koncepcje rozwoju, postawienia firmy na nogi, w której ani jeden dział na siebie nie zarabiał. 

Z czasem mój entuzjazm słabł, jedynie co jakiś czas podbudowywany kolejną rozmową bez pokrycia z Szefem. I tak oto z obiecującego stanowiska pracy stoczyłem się w otchłań tygodni bez ani jednego wyznaczonego zadania, bez żadnej spójnej koncepcji rozwoju, bez odpowiedzi na moje maile i raporty. Później było już tylko gorzej, rosnące sterty niezapłaconych faktur, problemy w innych działach firmy, brak kontaktu z Szefem no i spóźniające się wypłaty. 

Po raz kolejny w życiu okazuje się, że pieniądze szczęścia nie dają. Zauważyłem, że coraz częściej zaczynają się dla mnie liczyć w pracy takie rzeczy jak na przykład to, z kim pracuje i czy mogę się czegoś od tych osób nauczyć. Czy mogę się realnie rozwijać i wprowadzać swoje pomysły w życie. Czy moje wysiłki są chociażby dostrzegane i w jakimś stopniu doceniane. To wszystko składa się na ogólne zadowolenie, kiedy pracuje się na etacie i dopiero z odpowiednią pensją tworzy jedną całość. \

Wizja na przyszłość? Niepewna. Gdybym był w UK to bym się nie przejmował, tam zawsze by się znalazło coś ciekawego. No i tam oceniali Cię przez pryzmat Twoich umiejętności a nie dyplomów i tytułów naukowych. W Polsce jednak zawsze pierwsze pytanie będzie o wykształcenie i to mnie martwi. Zauważyłem również, że zazwyczaj szuka się tutaj ludzi do jednego konkretnego zadania, ja zaś jestem typem, który doskonale radzi sobie z wieloma różnymi zadaniami, który nie czuje się komfortowo w bardzo zamkniętej i określonej roli. Nie wiem co z tego wyjdzie, czas pokaże. Ale przebywanie na Polskim rynku pracy jakoś nie nastraja mnie pozytywnie. 

A może to czas na swój biznes....? 

Monday, 9 July 2012

A ja narzekam na ZUS...

Po przeczytaniu tego artykułu trochę (a nawet bardzo trochę) mi wstyd, że tak często powtarzam, że w Polsce ciężko się robi interesy. Polecam gorąco - link. Na tym przykładzie aż zbyt dosadnie widać, że jeśli się chce, to można i nie mają tu znaczenia ograniczenia zwiazane z miejscem, czasem czy dostępnymi funduszami. Liczy się inicjatywa. 
 
 zródło: wiadomosci.gazeta.pl

Sunday, 8 July 2012

K.I.S.S.

Czy chodzi o ten KISS?



Bynajmniej. Chodzi o popularną w biznesie zasadę Keep It Simple Stupid, z którą to mam problemy od kiedy pamiętam. Mówiąc krótko, proste pomysły zawsze wydają mi się skazane na niepowodzenie. No może nie skazane na niepowodzenie, zle to ująłem, ale nie wydają się dla mnie mieć wystarczająco potencjału, żeby się nimi zająć. Nie wiem dlaczego zawsze muszę myśleć na dużą skalę. To błąd z samego założenia, zresztą pisałem o tym jakiś czas temu. Zamiast zacząć przysłowiowe coś, ja nie zaczynam nic. Coś jest punktem, z którego można iść w różne strony, coś daje Ci opcje i możliwości, coś jest podjęciem konkretnego działania. I ten pierwszy krok jest dla mnie tym najtrudniejszym. 

Podobnie mieli właściciele firmy Trevelito, wypożyczalni sprzętu przydatnego do podróżowania z dzieckiem.Tylko, że im było potrzebne przeczucie, ogóle przesłanki o zapotrzebowaniu na tego typu usługę i trochę pieniędzy zebranych od rodziny i znajomych. Nic więcej. Tak przynajmniej wynika z artykułu, który czytałem o nich na wyborcza.biz (artykuł). Co prawda początki nie były łatwe, ale po jakimś czasie okazało się, że biznes się rozkręca, w czym pomogło Google AdWords, i zaszła konieczność dokupienia sprzętu. I tak oto małżeństwo prowadząc sezonową działalność (od marca do września) i robiąc to co lubią, zarabiają na siebie, na utrzymanie biznesu i na podróże poza sezonem, podczas których testują nowy sprzęt. Te wszystkie rzeczy są dla mnie wyznacznikiem sukcesu, który Travelito niewątpliwie osiągnęło. 

Ja będąc na ich miejscu nie zdecydowałbym się na otwarcie takiej działalności. Dlaczego? No bo jak to tak bez szczegółowego biznesplanu, kosztorysów, badań rynku ze szczególnym uwzględnieniem zapotrzebowania na taką usługę i masy innych rzeczy? A jednak się da. I to mnie dobija. Nie to żebym zle życzył właścicielom Travelito, wręcz przeciwnie. Dobija mnie to, że nie potrafię zrobić tego jednego kroki do przodu. 

Mam pomysł, i to taki, do którego jestem przekonany. Wszystkie wyliczenia pokazują, że biznes ma duży potencjał i powinien na siebie zarobić. Jest to usługa oferowana na całym świecie, w Polsce zajmuje się tym zaledwie jedna czy dwie firmy i to nie z jakiś wielkim rozmachem.  Jest skierowany do sektora e-commerce, a więc takiego, który ma w najbliższych latach tylko się rozwijać. A więc w czym problem? Chyba w niczym, no, może we mnie. Najwyższy czas to zmienić. 


Thursday, 5 July 2012

mamdosprzedaniaswietnedomeny.pl

Od jakiegoś czasu mam w głowie koncepcję biznesu idealnego. Koncepcja ta nie opiera się tyle na konkretnym pomyśle co na kilku ogólnych zasadach. Biznes musi być przede wszystkim mobilny, muszę mieć możliwość prowadzenia go z dowolnego miejsca na świecie. Co z tym związane, nie może mnie on wiązać towarem z żadnym konkretnym miejscem. Jego centrum nie może być produkt, tylko pomysł. Biznes ten musi być również skalowalny. Wiem, że dla wielu brzmi to jedynie jak lista pobożnych życzeń, ale dla mnie wszystkie wymienione elementy definiują biznes idealny. Może jeszcze 40-50 lat temu byłoby to niemożliwe do wykonania, teraz już nie ma takich ograniczeń. No, może poza zasięgiem łączy internetowych. 

Na jednej ze stron trafiłem na artykuł o polskim prekursorze handlu domenami. Sam pomysł nie był dla mnie niczym nowym, jednak artykuł skłonił mnie do zastanowienia się, czy przypadkiem ten model biznesowy nie byłby odpowiedni dla mnie. Nie zajmuje dużo czasu stwierdzenie, że spełnia on wszystkie powyższe wymagania, plus jeszcze kilka dodatkowych. Przede wszystkim tutaj nie trzeba inwestować majątku w towar. Towarem są domeny, a te nowe można rejestrować za 12zł, przynajmniej te z końcówką .pl. Dość szybko więc można zbudować całkiem pokaźne portfolio. 

Przełamując życiowy trend zastanawiania się ale nie podejmowania zdecydowanych działań, zarejestrowałem trzy domeny, dwie .pl i jedną .ae. Skromnie biorąc pod uwagę, że w ciągu dwóch dni miałem zapisanych kilkadziesiąt pozycji, ale na start dobre i to. Teraz pojawił się problem utylizacji ich, czyli sprzedaży. Zdaję sobie sprawę, że są domeny sprzedawane za tysiące złotych. W tym samym czasie mam świadomość, że jest wiele potencjalnie dobrych domen, które przez długi czas zostają bez nowego właściciela. Co odróżnia jedne od drugich? Chyba to co w przypadku wszystkich podobnych sytuacji - dotarcie do odpowiedniego klienta. Wrzucając domenę tanieksiazki.pl na giełdę domen mogę się nie doczekać kupca przez miesiące. Jeśli jednak zaparkuję tą domenę i pozwolę jej na generowanie konkretnej ilości odwiedzin, to za pół roku kierując ofertę sprzedaży do dowolnie wybranej księgarni internetowej, mogę liczyć na bardzo pozytywny odzew. 

Jako świeżo upieczony właściciel adresów piwopszeniczne.pl i sprzedambezprowizji.pl, będę na tych dwóch przykładach uczył się promocji oraz budowania wartości domen. O przebiegu działań i postępach będę informował na bieżąco. Jak na razie jedynym newsem jest to, że nawet w takim kraju jak Zjednoczone Emiraty Arabskie nie pozwolą Ci zarejestrować takiej domeny jak android.ae. A szkoda, miała potencjał. 

Wednesday, 4 July 2012

Matematyka (zysków i) strat.

Sprzedałem właśnie swoje pierwsze auto w Polsce i od razu mówię, że nie zrobiłem na tym interesu życia a wręcz przeciwnie. Cóż, nauczyło mnie to niewątpliwie paru rzeczy jak: 


  1. Za wszelką cenę unikaj sprzedaży auta bez ubezpieczenia. Samochód, któremu skończyło się ważne ubezpieczenie znacznie traci na wartości. 
  2. Diabeł tkwi w szczegółach. Warto zainwestować trochę czasu i parę złotych, żeby przygotować swój samochów do sprzedaży. 
  3. Połowa klientów, którzy deklarują pojawianie się na jazdę próbną, nigdy tego nie robi. 

Rzeczy niby oczywiste, a jednak tak często zapomniane. Spojrzałem na ten cały proces z punktu widzenia biznesowego. Jeśli prowadzisz działalność, która przynosi Ci straty to zamiast czekać w nieskończoność, aż w końcu stanie się cud i zacznie na siebie zarabiać, podejmij męską decyzję. Odetnij nierentowne gałęzie działalności, wpisz straty w rachunek ogólny i nie brnij w to dalej. To będzie Cię kosztowało za dużo nerwów i czasu, a to wszystko można przeliczyć tak czy inaczej na pieniądze. Jeśli trzymasz na magazynie od pół roku towar i nie zeszła Ci nawet jedna sztuka to przyjmij do wiadomości, że popełniłeś błąd. Towar wystaw po kosztach (lub nawet nieco poniżej), odzyskaj z tego ile się da i zainwestuj to w coś innego, co ma szansę przynieść Ci zysk. 


Dla mnie sprzedaż auta z dużą stratą była tym samym. Za dwa miesiące, kiedy skończył by mu się przegląd to mógłbym sprzedać go jedynie po cenie złomu. A żeby sprzedać go po cenie zakupu, musiałbym zainwestować w nowe ubezpieczenie, jakieś remonty itd. Koniec końców szacuję, że włożyłbym ok. 2000zł żeby cena auta wzrosła o 1500zł... 

Cóż, jak widać nawet ze sprzedaży starego Golfa można wyciągnąć lekcję biznesową. Tylko teraz trzeba się rozejrzeć za nowym środkiem transportu.  

Thursday, 28 June 2012

Trendy i anty-trendy w reklamie.


Zastanawiałem się nad tym, w jaką stronę będzie szła reklama w najbliższych latach. Telewizja powoli staje się przeżytkiem, już od ładnych paru lat zdecydowanie więcej zainteresowania wzbudza reklama internetowa. Jednak w Polsce jeszcze dość często przybiera ona postać agresywnych, nieprzemyślanych kampanii wyskakujących na całą stronę, kiedy akurat chcieliśmy sprawdzić pogodę na weekend czy rzucić okiem na wynik meczu. Mam wrażenie, że wysiłki rodzimych reklamodawców skupiają się od jakiegoś czasu nie na wyszukiwaniu nowych (czytaj: mniej inwazyjnych) form sprzedaży produktów czy usług, a np. na jak największym utrudnieniu zamknięcia okienka z latającym bannerem. Często, zamiast ścigać po całym ekranie znaczek X, po prostu zamykam całą stronę - taka moja mała forma protestu. 

Od jakiegoś czasu wszyscy kombinują, jakby tu zarobić na reklamach Facebookowych, ewentualnie tych pojawiających się na Naszej Klasie. No bo z jednej strony każdy chce sprzedaż swój produkt, z drugiej jednak strony, coraz większa rzesza reklamodawców zdaje sobie sprawę z tego, że media społecznościowe nie są dobrym miejscem na agresywne i natarczywe wciskanie kitu. Powstaje więc coraz więcej aplikacji, które mają na celu udostępnienie czytelnikowi jakiś konkretnych, przydatnych informacji lub zabawienie danej osoby. A przy okazji, gdzieś tam w kąciku i zupełnie niewinnie, pojawi się logo sponsora danej aplikacji. Podoba mi się ten trend; oczami wyobraźni widzę kreatywne zespoły agencji reklamowych siedzące dniami i nocami, kombinujące jakby tu coś sprzedać udając, że nie chce się sprzedać nic. I tak naprawdę wszyscy wygrywają - agencji reklamowej udaje się dotrzeć do grupy docelowej nie wzbudzając jej niechęci, a my mamy np. przewodnik po szlakach turystycznych w Tatrach. No, a że przy okazji nam zareklamują nowe buty górskie to da się przeboleć. 

Ale nie tylko wielkim koncernom udaje się wpaść na pomysły, wyznaczające nowe trendy. Czytałem ostatnio o parze studentów, która otworzyła... darmowe ksero. Może się do nich zgłosić każdy student, a oni zupełnie za darmo skserują czy wydrukują dla niego dowolnie wybrany materiał. Trik polega na tym, że na wydrukowanych kartkach w stopce, pojawiają się reklamy lokalnych firm. Genialne, nieprawdaż?



Takie mamy czasy, że wszyscy by chcieli wszystko za darmo. Facebook za darmo, aplikacje na telefon za darmo, korzystanie ze stron randkowych za darmo. Jak jednak wszyscy wiemy, w życiu nie ma nic za darmo, koszty muszą gdzieś znaleźć swoje pokrycie. I cieszy mnie niezmiernie, że ludziom udaje się wymyślać coraz to bardziej oryginalne metody na oferowanie 'darmowych produktów'. 

Pytanie brzmi - jaki będzie kolejny wielki trend w walce o klienta? 

Wednesday, 27 June 2012

Off topic #2.

Wczoraj wieczorem, dość przypadkowo, natknąłem się na wywiad z Panem Marcinem Koszałką, reżyserem filmu dokumentalnego pt. "Będziesz legendą człowieku". Dokument pokazuje reprezentację polski podczas Euro 2012 od zaplecza. Temat tego filmu przyznaję, że jest mi dość obojętny, o reżyserze słyszałem po raz pierwszy w życiu, a więc oglądałem to bardziej z ciekawości niż chęci dowiedzenia się czegoś więcej o kadrze. 

Z wywiadu wynikało, że Pan Koszałka starał się pokazać dramatyzm walki na Euro, heroizm naszych piłkarzy i stres związany z występowaniem na takiej imprezie, szczególnie w kontekście bycia jej współgospodarzem. Wszystko to brzmiało dość wiarygodnie aż w pewnym momencie padło mniej więcej takie zdanie "Po przegranym meczu z Czechami wielu chłopaków zaczęło płakać. (...) W pewnym momencie chciałem wyłączyć kamerę, nie chciałem już tego kręcić bo wydawało mi się, że to nie etyczne". W jednym momencie straciłem jakąkolwiek wiarę w autora tych słów. 

Czyli, że jak? Żal mu było naszych biednych zawodników i nie chciał tego kręcić, żeby ich jeszcze bardziej nie dobijać? Czy może się rozczarował, bo miał być dokument o historyczym awansie, a wyszło jak zawsze? 

Jeśli kręcenie grupy dorosłych facetów po przegranym (z własnej winy) meczu piłki nożnej (z których każdy dostanie za to co najmniej kiladziesiąt tysięcy Euro) jest nie etyczne, to jak nazwać kręcenie wojny domowej w Syrii czy umierających z głodu dzieci w Afryce? Niestety, ale przez jedną nieprzemyślaną wypowiedz Pan Koszałka stracił dla mnie całą wiarygodność jako dokumentalista. Polecam przejście do kręcenia seriali, tam można uniknąć takich silnych wzruszeń. 

Co, gdzie, komu czyli więcej pytań niż odpowiedzi.


Nieustannie staram się poszerzać swoje horyzonty i sposób myślenia, ‘think outside the box’ jest moim naczelnym hasłem, które staram się wprowadzać codziennie w życie. Czasami jednak, zdecydowanie zbyt często, zdarza mi się znów ograniczać do typowego, schematycznego patrzenia na sprawy. Tak się właśnie miały sprawy ze stroną www.stockshifters.com.

Strona jest typowym pośrednikiem między firmami, które chcą pozbyć się jakiegoś towaru  a ludźmi, którzy kupując ten towar starają się robić na nim parę złotych. Można znaleźć tam absolutnie wszystko, od telefonów komórkowych, poprzez zwroty sprzętu RTV/AGD z największych brytyjskich sieci po końcówki serii markowych ciuchów. Dotychczas starałem się kombinować, jakby tu kupić od nich parę produktów po dobrej cenie i gdzie można by znaleźć dla nich klientów. Dzisiaj zdałem sobie sprawę, że stronę można wykorzystać w zupełnie inny sposób.

Dlaczego muszę być po odbierającej stronie, dlaczego sam nie mogę sprzedawać towarów za ich pośrednictwem? Używając takiej strony łatwo jest wpaść w pułapkę przeświadczenia, że wszystko co tam jest wystawione jest okazją. Zdarza się, że w przypływie emocji i przeświadczenia promocyjnej ceny ludzie inwestują w towar, który normalnie mogliby kupić po dużo niższej cenie. Wydaje mi się, że oprócz firm, które musza się czegoś pozbyć to strona taka stwarza również możliwość dla regularnych hurtowników, którzy mogą pozbyć się dużych ilości towaru i to w krótkim czasie.

Wracając jeszcze do kwestii kupowania towaru z takich stron, nieustannie napotykam jeden i ten sam problem – gdzie taki towar sprzedać. Są oczywiste wybory jak Allegro, ale osobiście nie jestem zwolennikiem prowadzenia handlu za pośrednictwem tej strony. Jedyna szansa żeby tam zaistnieć to wprowadzić nowy towar i zarabiać dopóty, dopóki nie pojawi się w ciągu kliku tygodni parunastu naśladowców i zacznie się typowa wojna cenowa. Można to wrzucić do sklepu internetowego, ale tutaj powstaje problem małej ciągłości produktów, w jednym tygodniu trafi się to, w następnym co innego. No i promowanie sklepu zajmuje sporo czasu, ogranicza Cię to również do jednego towaru. Tak naprawdę moim celem byłoby szukanie klientów z zupełnie innych miejsce, dużo mniej dostępnych niż kraje europejskie. Ale jak nawiązać z nimi kontakt? Jak znaleźć kupca z Nigerii czy Zambii na telefony komórkowe? Jak sprzedawać sprzęt AGD w Turcji? Jasne, można lecieć w każde takie miejsce i szukać kontaktów na miejscu, ale zajmuje to dużo czasu i wiąże się ze sporymi wydatkami. Dodatkowo nie mamy żadnego zapewnienia, że podczas takiej wizyty trafimy na odpowiedniego partnera biznesowego.

Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Ja widzę tylko jedno, które pojawia się przy okazji każdego powrotu do tego typu rozmyślań – próbować i uczyć się. Po prostu. Ludzie kierują się zasadą kalkulacji ryzyka. Dlatego badają rynek, oceniają ryzyko związane z inwestycją, rozmyślają. A jeśli mają podejście podobne do mojego, to w 90% przypadków wycofają się z danej inwestycji, stopień ryzyka przewyższa potencjalne zyski. Tylko, że w takim przypadku niczego się nie uczymy. Okej, może rozwiązanie, które wybraliśmy na początku nie sprawdzi się, ale wtedy dokonujemy korekt i działamy dalej. Ale jeśli już na samym początku się rozmyślimy i nie podejmiemy żadnych działań, niczego się nie nauczymy i do kolejnego pomysłu podejdziemy w ten sam sposób – błędne koło. 

Sunday, 24 June 2012

Z serii: Twórczość własna. #1.


Projekt bannera, nazwy i sloganu, które stworzyłem dla mojego nieistniejącego sklepu z nietypowymi i nieco ekscentrycznymi gadżetami.




















Reklama prezentująca ofertę lokalnego montera systemów alarmowych (po prawej wersja oryginalna, po lewej moja). Pamiętam, że stworzyłem ją żeby pokazać jednemu ze znajomych na ukbusinessforums.com, jak stworzyć wyróżniającą się reklamę, która zamiast wylądować od razu w koszu, zapadnie w pamięci potencjalnych klientów. Dla porównania zamieściłem powyżej również ulotkę jego autorstwa. Przyznaję, że moja wersja spotkała się z mieszanymi reakcjami. Niektórzy chwalili ją za czytelność, prosty i jasny przekaz oraz pomysł. Inni krytykowali, zupełnie tego pomysłu nie rozumiejąc. 

A to nieco niekonwencjonalne podejście do pisania swojego CV. Doszedłem do wniosku, że szukając zajęcia w branży creative, już sam życiorys powinien pokazywać moją pomysłowość, efekt widać powyżej. Wykorzystałem  tutaj motyw popularnego stereotypu związanego z procesem rekrutacji. Niestety, ale nie miałem nigdy możliwość sprawdzenia skuteczność tego dość nietypowego podejścia w warunkach bojowych, a szkoda. Patrząc z perspektywy czasu to zmieniłbym nieco czcionki, ale w moich projektach zawsze bardziej się liczył dla mnie sam pomysł, bo grafikiem nie jestem i nigdy do tego tytułu nie aspirowałem. 

Saturday, 23 June 2012

Ninja vs. Chuck Norris - Runda 1.

Kilka tygodni temu moją uwagę przykuła nowa reklama. Pokazuje ona miasto, mówi o przepływie informacji, szybkim biegu życia i ludziach, którzy za tym nie nadążają. Jedną z osób, które nie mają z tym problemu okazuje się być ninja - twarz pierwszego w Polsce banku nowej generacji - Alior Sync. 


Czy użycie wizerunku poniekąd kreskówkowej postaci ninja z miejsca nie podważa wiarygodności instytucji takiej jak bank? Jak dotąd bardziej byliśmy przyzwyczajeni do różnych znanych aktorów, mniej lub bardziej budzących zaufanie, zapewniających nas z ekranów telewizorów, że wybór tego a tego banku jest jedynym słusznym dla nas wyborem. Czy tak dalekie odejście od tradycyjnego wizerunku nie było zagraniem vabank? 

Biorąc pod uwagę, że Alior Sync od samego początku nie krył jaka jest jego grupa docelowa, wydaje mi się, że forma przekazu została dobrana odpowiednio. Sync od samego początku podkreśla, że wyznacza on nowe standardy w Polskiej bankowości, zamiast podążać za utartymi schematami. Cel jest jeden - zaoferować usługi bankowe dla ludzi młodych, nadążające za ich nieustannie rosnącymi oczekiwaniami, i za rozwojem technologicznym rzecz jasna. Dostęp do konta online nie jest już dla nikogo nowością, karty zbliżeniowe też nie. Sync idzie dalej, dużo dalej. Co powiecie na wirtualny oddział banku otwarty 24/7, obsługiwany przez  żywych konsultantów i umożliwiający np. podpisanie umowy kredytowej bez wyjścia z domu? Przyznaję, że do mnie te obietnice i dodatkowe usługi bardzo przemówiły, a powód tego jest bardzo prosty - trafiają idealnie w moje potrzeby.

Jak większość młodych ludzi, moje wymagania dotyczące konta bankowego są proste i nieskomplikowane: jego prowadzenie musi być darmowe, darmowa karta zbliżeniowa i darmowe wypłaty ze wszystkich bankomatów w Polsce. No i brak opłat za korzystanie z karty debetowej, o pełnym dostępie do konta online nie wspomnę. 

Nie dawniej jak kilka dni temu spędziłem 45 minut w oddziale swojego banku, wiecie, tego z Chuckiem Norrisem, żeby załatwić jedną bardzo prostą sprawę. Kontaktowałem się uprzednio z ich infolinią i mimo udzielenia mi przez konsultanta wszystkich niezbędnych informacji, musiałem wysiedzieć swoje w oddziale, tak naprawdę tylko po to żeby złożyć jeden podpis. Siedząc tam rozmyślałem o tym, że mogłem cały ten czas zaoszczędzić, gdybym tylko posiadał konto z ninją. Po powrocie do domu, nie myśląc długo, otworzyłem takie właśnie konto i będę Was informował jak sprawy się mają. Dodam tylko, że otworzyłem je bez wychodzenia z domu i bez czekania na kuriera z umową, wszystko udało się załatwić przez internet - pierwszy sukces. 

Oglądam kolejne spoty reklamowe Alior Sync i zastanawiam się, jak bardzo to wszystko się zmienia wokoło, że teraz nawet usługi bankowe sprzedaje się jak gadżety. Okazuje się, że bank może być nowoczesny, ciekawy, że może nadążać za tym co dzieje się wokoło zamiast kazać klientom się dostosować do nich i do ich procedur. Te czasy powoli mijają, teraz władzę przejmują klienci. Widać to nawet po komentarzach na fanpage'u Sync, wiele z próśb i sugestii klientów jest realizowana na bieżąco, czyżby pierwszy bank, który nauczył się słuchać? Czas pokaże. 

Jak na razie na pewno można ich pochwalić za dobry pomysł trafiający w potrzeby konkretnej grupy klientów, spójny wizerunek i umiejętność prowadzenia dialogu na Facebook'owym fanpage'u. A jak to wszystko będzie wyglądało w praktyce, przyszłość pokaże. Ninja vs. Chuck, Runda 1!


Friday, 22 June 2012

Off topic #1.

Miałem wczoraj okazję wziąć udział w meczu ćwierćfinałowym Euro 2012, w którym grała Portugalia i Czechy. Okazało się, że nawet podczas meczu piłkarskiego człowiek może nauczyć się kilku nowych rzeczy, oto czego nauczyłem się ja: 


  1. Po pierwsze i najważniejsze - wbrew powszechnie panującej opinii, Polacy potrafią organizować imprezy masowe na światowym poziomie. 
  2. Polacy nie muszą być na meczu swojej reprezentacji żeby co jakiś czas wspierać drużynę narodową głośnymi śpiewami. 
  3. Okazało się, że to możliwe aby podczas oglądania meczu brakowało komentarzy Darka Szpakowskiego.  
  4. Mimo najlepszeg marketingu, nie wierzcie, że istnieje coś takiego jak dobre piwo o zawartości alkoholu poniżej 3.5%.  
  5. W Warszawie gubią się wszyscy, nawet kierowcy tamtejszych autobusów.  

Monday, 11 June 2012

'Nie muszę nic, a co najwyżej mogę' czyli o zdrowym podejściu do biznesu.


Każdy z Was na pewnym etapie miał zapewne styczność z różnego rodzaju poradnikami biznesowymi. Od tych natchnionych i czegoś uczących, których niestety jest zdecydowana mniejszość, do tych nawiedzonych, pełnych pseudo-buddystycznych teorii panowania nad wszechświatem zza swojego biurka. Osobiście zawsze preferowałem te, które zajmowały się tłumaczeniem konkretnych procesów takich jak kwestie prawne i organizacyjne, podstawowe zasady działania przedsiębiorstw czy porady dotyczące budowania sieci sprzedaży albo projektowania materiałów marketingowych. Z nich przynajmniej mogłem wyciągnąć coś przydatnego, pomagały mi uporządkować podstawy mojej wiedzy o biznesie i przypominały o głównych założeniach nim kierujących, o czym często niestety się zapomina. Z daleka jednak omijałem wszystkie poradniki oparte na filozofii zen, które zamiast uczyć czegoś konkretnego to zajmowały się bardziej czymś na kształt psychoterapii. Robiły tylko sieczkę z mózgu a człowiek po przeczytaniu 50 stron i tak nie był ani trochę mądrzejszy, a co najwyżej, jeszcze bardziej skołowany.
Wszystkie one jednak miały jedną wspólną cechę - pełne były rzeczy, które koniecznie musisz robić żeby odnieść sukces. Niektóre z takich instrukcji były oparte na faktach i doświadczeniach autorów, inne na czystych wymysłach i domysłach. Po każdej z takich lektur mogłem spokojnie stworzyć listę takich właśnie zakazów, często liczącą wiele stron.
Ostatnio w moje ręce trafiła książka, która na pierszy rzut oka wyglądała jak jeden z tych nawiedzonych poradników. Po kilku stronach okazało się jednak, że to było bardzo mylne wrażenie. Po kilkudziesięciu okazało się, że nie jest to również jedna z merytorycznych i rzeczowych instrukcji. Jeśli miałbym podsumować filozofię w niej zawartą napisałbym - ' Nie muszę nic, a co najwyżej mogę'.
Okazało się, że:
  • nie musisz mieć biznesplanu, bo to i tak nic innego jak zgadywanie
  • nie musisz pracować po 12 godzin dziennie, bo i tak nie da Ci to więcej niż praca po 8 godzin
  • nie musisz maniakalnie śledzić każdego kroku Twojej konkurencji, to co robią i tak nie ma dla Ciebie znaczenia
  • liczą się jedynie Twoje czyny, nie plany czy dobre chęci
  • najważniejsze to zacząć działać, w momencie, w którym zaczynasz działać nie musisz mieć wszystkiego idealnie poukładanego w głowie
  • dopóki nie zaczniesz działać, Twój pomysł jest tylko pomysłem, niczym więcej
  • ograniczone zasoby ludzkie / budżet / czassą dla Ciebie dobre, wzmagają Twoją kreatywność i dążenie do prostych rozwiązań
  • najlepsze są najprostsze rozwiązania, ludzie kochają proste rozwiązania
  • im dłużej się czymś zajmujesz tym mniejsze szanse masz żeby to ukończyć, skup się na krótkich i szybkich w realizacji zadaniach
...mógłbym wymieniać tak jeszcze długo. Co jest tak niesamowitego w tych słowach? Zamiast budować w nas stres złożony z rzeczy, które musimy robić, z zasad, których musimy przestrzegać, te proste porady uwalniają nas z tego całego ciężaru. Zaczynasz przyjmować do wiadomości, że nie musisz być idealny, że Twój produkt przed wejściem na rynek nie musi być perfekcyjnie dopracowany, że nie musisz zintegrować zegarka z mikrofalówką i czajnikiem żeby odnieść sukces. Proste jest lepsze. Niedoskonałe jest okej. Możesz pokonać konkurentów robiąc mniej niż oni, nie więcej.
Najważniejsza jest wiara w to co się robi i pasja. Bez nich nie mamy co nawet zaczynać. A cała reszta to rzeczy, które mogą nam się przydać, ale nie muszą. Książka, którą czytałem to 'Rework', autorami są Jason Fried i David Heinemeier Hansson, twórcy 37signals.com.

p.s. Ostrzegam, że treści zawarte w tej książce mogą zdewastować Twój obecny światopogląd...

Saturday, 9 June 2012

"Biznes - po prostu"


Skończyłem właśnie czytać ‘Biznes – po prostu’ Leszka Czarneckiego. Książkę dostałem co prawda w prezencie, ale od dłuższego czasu miałem ją na oku. W końcu kto może dać Ci lepsze porady na temat prowadzenia firmy niż najbogatszy Polak?
Nie ukrywam, że spodziewałem się dużej dawki samo zachwytu i auto promocji, w końcu wszyscy bogaci są zarozumiali. Szybko się okazało, że się myliłem. Książka jest napisana w prostym, jasnym i bardzo przystępnym stylu. Tak naprawdę to kilkukrotnie przyłapałem się na refleksji gdzie myślałem ‘zaraz zaraz, ten gość jest przecież najbogatszym człowiekiem w kraju’. Działo się tak pewnie dlatego, że Czernecki w swojej książce nawet przez chwilę nie próbował kreować swojego wizerunku jako nieomylnego wizjonera biznesu, który zamieniał w złoto wszystkiego, czego się dotknął. Otwarcie pisał o swoich porażkach jak i sukcesach, wskazywał na błędy jakie popełniał przestrzegając przed nimi początkujących przedsiębiorców. Wyszedł tak naprawdę na zwykłego faceta z wielkim zamiłowaniem do biznesu, który wyciągając wnioski ze swoich niepowodzeń stworzył wielką korporację.
Czym jest ta książka, ciężko mi powiedzieć. Nie jest ona ani kompletnym przewodnikiem dla młodych businessmanów, nie jest też autobiografią. Łączy tak naprawdę ze sobą wiele różnych elementów. Na pewno można z niej wyciągnąć wiele przydatnych informacji, a przede wszystkim, prostych i zawsze aktualnych schematów działania i zasad. I w odróżnieniu do wielu podobnych publikacji, z ust Czarneckiego to wszystko brzmi wyjątkowo wiarygodnie.
Dla mnie takie książki są o tyle cenne, że stanowią pożywkę dla moich własnych pomysłów i koncepcji. Nawet czytając o biznesie prowadzonym w z nieznanej mi dziedzinie, potrafię wiele rzeczy adaptować do swoich potrzeb, co zdecydowanie poszerza moje horyzonty. Z lektury wspomnianej powyżej książki wyciągnąłem trzy strony notatek i kilka złotych myśli jak:
„Stworzyć unikalną, niepowtarzalną wartość dla klienta, trudną do skopiowania przez konkurencję.”
„Dobry pomysł musi wynikać z braku danych usług na rynku albo z ich słabej dostępności.”
Dwa bardzo proste, ale jak ważne stwierdzenia, potwierdzające zresztą teorie, do których z czasem sam się coraz bardziej przekonuję. Pierwsza – service is the king. Druga – najbardziej udane pomysły biznesowe to te, które rozwiązują realne, istniejące w życiu problemy. Mając na co dzień do czynienia z różnymi firmami sprzedającymi przeróżne produkty i serwisy zauważyłem, że poziom obsługi klienta jest w większości z nich na bardzo słabym poziomie. Niestety, ale jesteśmy jeszcze daleko za Zachodem, gdzie o klienta się dba i walczy się o jego lojalność. Wiąże się to zapewne z dwoma istotnymi faktami – koszt uzyskania nowego klienta jest trzykrotnie wyższy od kosztu utrzymania istniejącego klienta oraz dużo łatwiej jest sprzedawać produkty i usługi istniejącym klientom. Dlatego postępując jak Wojciech Sobieraj w opisanym przez Czarneckiego przypadku Alior Banku, można stworzyć udany model biznesowy oparty na jednym kluczowym założeniu – będziemy oferowali ten sam produkt co konkurencja, ale nasza obsługa klienta będzie na nieporównywalnie wyższym poziomie. A więc naszym USP nie jest rewolucyjna, nowa usługa ale sam poziom jej wykonania, który odróżnia nas od konkurencji.
p.s. Spędziłem wiele godzin szukając właściwej nazwy dla tego bloga. Chciałem w niej zawrzeć wszystko, o czym potencjalnie mogę pisać, co mnie ciekawi i czym zajmuję się na codzień. Jak to często bywa, najprostszy pomysł okazał się tym najlepszym. O czym będzie ten blog? O biznesie. A więc tak powstał Po Prostu Biznes.