Thursday, 28 June 2012

Trendy i anty-trendy w reklamie.


Zastanawiałem się nad tym, w jaką stronę będzie szła reklama w najbliższych latach. Telewizja powoli staje się przeżytkiem, już od ładnych paru lat zdecydowanie więcej zainteresowania wzbudza reklama internetowa. Jednak w Polsce jeszcze dość często przybiera ona postać agresywnych, nieprzemyślanych kampanii wyskakujących na całą stronę, kiedy akurat chcieliśmy sprawdzić pogodę na weekend czy rzucić okiem na wynik meczu. Mam wrażenie, że wysiłki rodzimych reklamodawców skupiają się od jakiegoś czasu nie na wyszukiwaniu nowych (czytaj: mniej inwazyjnych) form sprzedaży produktów czy usług, a np. na jak największym utrudnieniu zamknięcia okienka z latającym bannerem. Często, zamiast ścigać po całym ekranie znaczek X, po prostu zamykam całą stronę - taka moja mała forma protestu. 

Od jakiegoś czasu wszyscy kombinują, jakby tu zarobić na reklamach Facebookowych, ewentualnie tych pojawiających się na Naszej Klasie. No bo z jednej strony każdy chce sprzedaż swój produkt, z drugiej jednak strony, coraz większa rzesza reklamodawców zdaje sobie sprawę z tego, że media społecznościowe nie są dobrym miejscem na agresywne i natarczywe wciskanie kitu. Powstaje więc coraz więcej aplikacji, które mają na celu udostępnienie czytelnikowi jakiś konkretnych, przydatnych informacji lub zabawienie danej osoby. A przy okazji, gdzieś tam w kąciku i zupełnie niewinnie, pojawi się logo sponsora danej aplikacji. Podoba mi się ten trend; oczami wyobraźni widzę kreatywne zespoły agencji reklamowych siedzące dniami i nocami, kombinujące jakby tu coś sprzedać udając, że nie chce się sprzedać nic. I tak naprawdę wszyscy wygrywają - agencji reklamowej udaje się dotrzeć do grupy docelowej nie wzbudzając jej niechęci, a my mamy np. przewodnik po szlakach turystycznych w Tatrach. No, a że przy okazji nam zareklamują nowe buty górskie to da się przeboleć. 

Ale nie tylko wielkim koncernom udaje się wpaść na pomysły, wyznaczające nowe trendy. Czytałem ostatnio o parze studentów, która otworzyła... darmowe ksero. Może się do nich zgłosić każdy student, a oni zupełnie za darmo skserują czy wydrukują dla niego dowolnie wybrany materiał. Trik polega na tym, że na wydrukowanych kartkach w stopce, pojawiają się reklamy lokalnych firm. Genialne, nieprawdaż?



Takie mamy czasy, że wszyscy by chcieli wszystko za darmo. Facebook za darmo, aplikacje na telefon za darmo, korzystanie ze stron randkowych za darmo. Jak jednak wszyscy wiemy, w życiu nie ma nic za darmo, koszty muszą gdzieś znaleźć swoje pokrycie. I cieszy mnie niezmiernie, że ludziom udaje się wymyślać coraz to bardziej oryginalne metody na oferowanie 'darmowych produktów'. 

Pytanie brzmi - jaki będzie kolejny wielki trend w walce o klienta? 

Wednesday, 27 June 2012

Off topic #2.

Wczoraj wieczorem, dość przypadkowo, natknąłem się na wywiad z Panem Marcinem Koszałką, reżyserem filmu dokumentalnego pt. "Będziesz legendą człowieku". Dokument pokazuje reprezentację polski podczas Euro 2012 od zaplecza. Temat tego filmu przyznaję, że jest mi dość obojętny, o reżyserze słyszałem po raz pierwszy w życiu, a więc oglądałem to bardziej z ciekawości niż chęci dowiedzenia się czegoś więcej o kadrze. 

Z wywiadu wynikało, że Pan Koszałka starał się pokazać dramatyzm walki na Euro, heroizm naszych piłkarzy i stres związany z występowaniem na takiej imprezie, szczególnie w kontekście bycia jej współgospodarzem. Wszystko to brzmiało dość wiarygodnie aż w pewnym momencie padło mniej więcej takie zdanie "Po przegranym meczu z Czechami wielu chłopaków zaczęło płakać. (...) W pewnym momencie chciałem wyłączyć kamerę, nie chciałem już tego kręcić bo wydawało mi się, że to nie etyczne". W jednym momencie straciłem jakąkolwiek wiarę w autora tych słów. 

Czyli, że jak? Żal mu było naszych biednych zawodników i nie chciał tego kręcić, żeby ich jeszcze bardziej nie dobijać? Czy może się rozczarował, bo miał być dokument o historyczym awansie, a wyszło jak zawsze? 

Jeśli kręcenie grupy dorosłych facetów po przegranym (z własnej winy) meczu piłki nożnej (z których każdy dostanie za to co najmniej kiladziesiąt tysięcy Euro) jest nie etyczne, to jak nazwać kręcenie wojny domowej w Syrii czy umierających z głodu dzieci w Afryce? Niestety, ale przez jedną nieprzemyślaną wypowiedz Pan Koszałka stracił dla mnie całą wiarygodność jako dokumentalista. Polecam przejście do kręcenia seriali, tam można uniknąć takich silnych wzruszeń. 

Co, gdzie, komu czyli więcej pytań niż odpowiedzi.


Nieustannie staram się poszerzać swoje horyzonty i sposób myślenia, ‘think outside the box’ jest moim naczelnym hasłem, które staram się wprowadzać codziennie w życie. Czasami jednak, zdecydowanie zbyt często, zdarza mi się znów ograniczać do typowego, schematycznego patrzenia na sprawy. Tak się właśnie miały sprawy ze stroną www.stockshifters.com.

Strona jest typowym pośrednikiem między firmami, które chcą pozbyć się jakiegoś towaru  a ludźmi, którzy kupując ten towar starają się robić na nim parę złotych. Można znaleźć tam absolutnie wszystko, od telefonów komórkowych, poprzez zwroty sprzętu RTV/AGD z największych brytyjskich sieci po końcówki serii markowych ciuchów. Dotychczas starałem się kombinować, jakby tu kupić od nich parę produktów po dobrej cenie i gdzie można by znaleźć dla nich klientów. Dzisiaj zdałem sobie sprawę, że stronę można wykorzystać w zupełnie inny sposób.

Dlaczego muszę być po odbierającej stronie, dlaczego sam nie mogę sprzedawać towarów za ich pośrednictwem? Używając takiej strony łatwo jest wpaść w pułapkę przeświadczenia, że wszystko co tam jest wystawione jest okazją. Zdarza się, że w przypływie emocji i przeświadczenia promocyjnej ceny ludzie inwestują w towar, który normalnie mogliby kupić po dużo niższej cenie. Wydaje mi się, że oprócz firm, które musza się czegoś pozbyć to strona taka stwarza również możliwość dla regularnych hurtowników, którzy mogą pozbyć się dużych ilości towaru i to w krótkim czasie.

Wracając jeszcze do kwestii kupowania towaru z takich stron, nieustannie napotykam jeden i ten sam problem – gdzie taki towar sprzedać. Są oczywiste wybory jak Allegro, ale osobiście nie jestem zwolennikiem prowadzenia handlu za pośrednictwem tej strony. Jedyna szansa żeby tam zaistnieć to wprowadzić nowy towar i zarabiać dopóty, dopóki nie pojawi się w ciągu kliku tygodni parunastu naśladowców i zacznie się typowa wojna cenowa. Można to wrzucić do sklepu internetowego, ale tutaj powstaje problem małej ciągłości produktów, w jednym tygodniu trafi się to, w następnym co innego. No i promowanie sklepu zajmuje sporo czasu, ogranicza Cię to również do jednego towaru. Tak naprawdę moim celem byłoby szukanie klientów z zupełnie innych miejsce, dużo mniej dostępnych niż kraje europejskie. Ale jak nawiązać z nimi kontakt? Jak znaleźć kupca z Nigerii czy Zambii na telefony komórkowe? Jak sprzedawać sprzęt AGD w Turcji? Jasne, można lecieć w każde takie miejsce i szukać kontaktów na miejscu, ale zajmuje to dużo czasu i wiąże się ze sporymi wydatkami. Dodatkowo nie mamy żadnego zapewnienia, że podczas takiej wizyty trafimy na odpowiedniego partnera biznesowego.

Jakie jest wyjście z tej sytuacji? Ja widzę tylko jedno, które pojawia się przy okazji każdego powrotu do tego typu rozmyślań – próbować i uczyć się. Po prostu. Ludzie kierują się zasadą kalkulacji ryzyka. Dlatego badają rynek, oceniają ryzyko związane z inwestycją, rozmyślają. A jeśli mają podejście podobne do mojego, to w 90% przypadków wycofają się z danej inwestycji, stopień ryzyka przewyższa potencjalne zyski. Tylko, że w takim przypadku niczego się nie uczymy. Okej, może rozwiązanie, które wybraliśmy na początku nie sprawdzi się, ale wtedy dokonujemy korekt i działamy dalej. Ale jeśli już na samym początku się rozmyślimy i nie podejmiemy żadnych działań, niczego się nie nauczymy i do kolejnego pomysłu podejdziemy w ten sam sposób – błędne koło. 

Sunday, 24 June 2012

Z serii: Twórczość własna. #1.


Projekt bannera, nazwy i sloganu, które stworzyłem dla mojego nieistniejącego sklepu z nietypowymi i nieco ekscentrycznymi gadżetami.




















Reklama prezentująca ofertę lokalnego montera systemów alarmowych (po prawej wersja oryginalna, po lewej moja). Pamiętam, że stworzyłem ją żeby pokazać jednemu ze znajomych na ukbusinessforums.com, jak stworzyć wyróżniającą się reklamę, która zamiast wylądować od razu w koszu, zapadnie w pamięci potencjalnych klientów. Dla porównania zamieściłem powyżej również ulotkę jego autorstwa. Przyznaję, że moja wersja spotkała się z mieszanymi reakcjami. Niektórzy chwalili ją za czytelność, prosty i jasny przekaz oraz pomysł. Inni krytykowali, zupełnie tego pomysłu nie rozumiejąc. 

A to nieco niekonwencjonalne podejście do pisania swojego CV. Doszedłem do wniosku, że szukając zajęcia w branży creative, już sam życiorys powinien pokazywać moją pomysłowość, efekt widać powyżej. Wykorzystałem  tutaj motyw popularnego stereotypu związanego z procesem rekrutacji. Niestety, ale nie miałem nigdy możliwość sprawdzenia skuteczność tego dość nietypowego podejścia w warunkach bojowych, a szkoda. Patrząc z perspektywy czasu to zmieniłbym nieco czcionki, ale w moich projektach zawsze bardziej się liczył dla mnie sam pomysł, bo grafikiem nie jestem i nigdy do tego tytułu nie aspirowałem. 

Saturday, 23 June 2012

Ninja vs. Chuck Norris - Runda 1.

Kilka tygodni temu moją uwagę przykuła nowa reklama. Pokazuje ona miasto, mówi o przepływie informacji, szybkim biegu życia i ludziach, którzy za tym nie nadążają. Jedną z osób, które nie mają z tym problemu okazuje się być ninja - twarz pierwszego w Polsce banku nowej generacji - Alior Sync. 


Czy użycie wizerunku poniekąd kreskówkowej postaci ninja z miejsca nie podważa wiarygodności instytucji takiej jak bank? Jak dotąd bardziej byliśmy przyzwyczajeni do różnych znanych aktorów, mniej lub bardziej budzących zaufanie, zapewniających nas z ekranów telewizorów, że wybór tego a tego banku jest jedynym słusznym dla nas wyborem. Czy tak dalekie odejście od tradycyjnego wizerunku nie było zagraniem vabank? 

Biorąc pod uwagę, że Alior Sync od samego początku nie krył jaka jest jego grupa docelowa, wydaje mi się, że forma przekazu została dobrana odpowiednio. Sync od samego początku podkreśla, że wyznacza on nowe standardy w Polskiej bankowości, zamiast podążać za utartymi schematami. Cel jest jeden - zaoferować usługi bankowe dla ludzi młodych, nadążające za ich nieustannie rosnącymi oczekiwaniami, i za rozwojem technologicznym rzecz jasna. Dostęp do konta online nie jest już dla nikogo nowością, karty zbliżeniowe też nie. Sync idzie dalej, dużo dalej. Co powiecie na wirtualny oddział banku otwarty 24/7, obsługiwany przez  żywych konsultantów i umożliwiający np. podpisanie umowy kredytowej bez wyjścia z domu? Przyznaję, że do mnie te obietnice i dodatkowe usługi bardzo przemówiły, a powód tego jest bardzo prosty - trafiają idealnie w moje potrzeby.

Jak większość młodych ludzi, moje wymagania dotyczące konta bankowego są proste i nieskomplikowane: jego prowadzenie musi być darmowe, darmowa karta zbliżeniowa i darmowe wypłaty ze wszystkich bankomatów w Polsce. No i brak opłat za korzystanie z karty debetowej, o pełnym dostępie do konta online nie wspomnę. 

Nie dawniej jak kilka dni temu spędziłem 45 minut w oddziale swojego banku, wiecie, tego z Chuckiem Norrisem, żeby załatwić jedną bardzo prostą sprawę. Kontaktowałem się uprzednio z ich infolinią i mimo udzielenia mi przez konsultanta wszystkich niezbędnych informacji, musiałem wysiedzieć swoje w oddziale, tak naprawdę tylko po to żeby złożyć jeden podpis. Siedząc tam rozmyślałem o tym, że mogłem cały ten czas zaoszczędzić, gdybym tylko posiadał konto z ninją. Po powrocie do domu, nie myśląc długo, otworzyłem takie właśnie konto i będę Was informował jak sprawy się mają. Dodam tylko, że otworzyłem je bez wychodzenia z domu i bez czekania na kuriera z umową, wszystko udało się załatwić przez internet - pierwszy sukces. 

Oglądam kolejne spoty reklamowe Alior Sync i zastanawiam się, jak bardzo to wszystko się zmienia wokoło, że teraz nawet usługi bankowe sprzedaje się jak gadżety. Okazuje się, że bank może być nowoczesny, ciekawy, że może nadążać za tym co dzieje się wokoło zamiast kazać klientom się dostosować do nich i do ich procedur. Te czasy powoli mijają, teraz władzę przejmują klienci. Widać to nawet po komentarzach na fanpage'u Sync, wiele z próśb i sugestii klientów jest realizowana na bieżąco, czyżby pierwszy bank, który nauczył się słuchać? Czas pokaże. 

Jak na razie na pewno można ich pochwalić za dobry pomysł trafiający w potrzeby konkretnej grupy klientów, spójny wizerunek i umiejętność prowadzenia dialogu na Facebook'owym fanpage'u. A jak to wszystko będzie wyglądało w praktyce, przyszłość pokaże. Ninja vs. Chuck, Runda 1!


Friday, 22 June 2012

Off topic #1.

Miałem wczoraj okazję wziąć udział w meczu ćwierćfinałowym Euro 2012, w którym grała Portugalia i Czechy. Okazało się, że nawet podczas meczu piłkarskiego człowiek może nauczyć się kilku nowych rzeczy, oto czego nauczyłem się ja: 


  1. Po pierwsze i najważniejsze - wbrew powszechnie panującej opinii, Polacy potrafią organizować imprezy masowe na światowym poziomie. 
  2. Polacy nie muszą być na meczu swojej reprezentacji żeby co jakiś czas wspierać drużynę narodową głośnymi śpiewami. 
  3. Okazało się, że to możliwe aby podczas oglądania meczu brakowało komentarzy Darka Szpakowskiego.  
  4. Mimo najlepszeg marketingu, nie wierzcie, że istnieje coś takiego jak dobre piwo o zawartości alkoholu poniżej 3.5%.  
  5. W Warszawie gubią się wszyscy, nawet kierowcy tamtejszych autobusów.  

Monday, 11 June 2012

'Nie muszę nic, a co najwyżej mogę' czyli o zdrowym podejściu do biznesu.


Każdy z Was na pewnym etapie miał zapewne styczność z różnego rodzaju poradnikami biznesowymi. Od tych natchnionych i czegoś uczących, których niestety jest zdecydowana mniejszość, do tych nawiedzonych, pełnych pseudo-buddystycznych teorii panowania nad wszechświatem zza swojego biurka. Osobiście zawsze preferowałem te, które zajmowały się tłumaczeniem konkretnych procesów takich jak kwestie prawne i organizacyjne, podstawowe zasady działania przedsiębiorstw czy porady dotyczące budowania sieci sprzedaży albo projektowania materiałów marketingowych. Z nich przynajmniej mogłem wyciągnąć coś przydatnego, pomagały mi uporządkować podstawy mojej wiedzy o biznesie i przypominały o głównych założeniach nim kierujących, o czym często niestety się zapomina. Z daleka jednak omijałem wszystkie poradniki oparte na filozofii zen, które zamiast uczyć czegoś konkretnego to zajmowały się bardziej czymś na kształt psychoterapii. Robiły tylko sieczkę z mózgu a człowiek po przeczytaniu 50 stron i tak nie był ani trochę mądrzejszy, a co najwyżej, jeszcze bardziej skołowany.
Wszystkie one jednak miały jedną wspólną cechę - pełne były rzeczy, które koniecznie musisz robić żeby odnieść sukces. Niektóre z takich instrukcji były oparte na faktach i doświadczeniach autorów, inne na czystych wymysłach i domysłach. Po każdej z takich lektur mogłem spokojnie stworzyć listę takich właśnie zakazów, często liczącą wiele stron.
Ostatnio w moje ręce trafiła książka, która na pierszy rzut oka wyglądała jak jeden z tych nawiedzonych poradników. Po kilku stronach okazało się jednak, że to było bardzo mylne wrażenie. Po kilkudziesięciu okazało się, że nie jest to również jedna z merytorycznych i rzeczowych instrukcji. Jeśli miałbym podsumować filozofię w niej zawartą napisałbym - ' Nie muszę nic, a co najwyżej mogę'.
Okazało się, że:
  • nie musisz mieć biznesplanu, bo to i tak nic innego jak zgadywanie
  • nie musisz pracować po 12 godzin dziennie, bo i tak nie da Ci to więcej niż praca po 8 godzin
  • nie musisz maniakalnie śledzić każdego kroku Twojej konkurencji, to co robią i tak nie ma dla Ciebie znaczenia
  • liczą się jedynie Twoje czyny, nie plany czy dobre chęci
  • najważniejsze to zacząć działać, w momencie, w którym zaczynasz działać nie musisz mieć wszystkiego idealnie poukładanego w głowie
  • dopóki nie zaczniesz działać, Twój pomysł jest tylko pomysłem, niczym więcej
  • ograniczone zasoby ludzkie / budżet / czassą dla Ciebie dobre, wzmagają Twoją kreatywność i dążenie do prostych rozwiązań
  • najlepsze są najprostsze rozwiązania, ludzie kochają proste rozwiązania
  • im dłużej się czymś zajmujesz tym mniejsze szanse masz żeby to ukończyć, skup się na krótkich i szybkich w realizacji zadaniach
...mógłbym wymieniać tak jeszcze długo. Co jest tak niesamowitego w tych słowach? Zamiast budować w nas stres złożony z rzeczy, które musimy robić, z zasad, których musimy przestrzegać, te proste porady uwalniają nas z tego całego ciężaru. Zaczynasz przyjmować do wiadomości, że nie musisz być idealny, że Twój produkt przed wejściem na rynek nie musi być perfekcyjnie dopracowany, że nie musisz zintegrować zegarka z mikrofalówką i czajnikiem żeby odnieść sukces. Proste jest lepsze. Niedoskonałe jest okej. Możesz pokonać konkurentów robiąc mniej niż oni, nie więcej.
Najważniejsza jest wiara w to co się robi i pasja. Bez nich nie mamy co nawet zaczynać. A cała reszta to rzeczy, które mogą nam się przydać, ale nie muszą. Książka, którą czytałem to 'Rework', autorami są Jason Fried i David Heinemeier Hansson, twórcy 37signals.com.

p.s. Ostrzegam, że treści zawarte w tej książce mogą zdewastować Twój obecny światopogląd...

Saturday, 9 June 2012

"Biznes - po prostu"


Skończyłem właśnie czytać ‘Biznes – po prostu’ Leszka Czarneckiego. Książkę dostałem co prawda w prezencie, ale od dłuższego czasu miałem ją na oku. W końcu kto może dać Ci lepsze porady na temat prowadzenia firmy niż najbogatszy Polak?
Nie ukrywam, że spodziewałem się dużej dawki samo zachwytu i auto promocji, w końcu wszyscy bogaci są zarozumiali. Szybko się okazało, że się myliłem. Książka jest napisana w prostym, jasnym i bardzo przystępnym stylu. Tak naprawdę to kilkukrotnie przyłapałem się na refleksji gdzie myślałem ‘zaraz zaraz, ten gość jest przecież najbogatszym człowiekiem w kraju’. Działo się tak pewnie dlatego, że Czernecki w swojej książce nawet przez chwilę nie próbował kreować swojego wizerunku jako nieomylnego wizjonera biznesu, który zamieniał w złoto wszystkiego, czego się dotknął. Otwarcie pisał o swoich porażkach jak i sukcesach, wskazywał na błędy jakie popełniał przestrzegając przed nimi początkujących przedsiębiorców. Wyszedł tak naprawdę na zwykłego faceta z wielkim zamiłowaniem do biznesu, który wyciągając wnioski ze swoich niepowodzeń stworzył wielką korporację.
Czym jest ta książka, ciężko mi powiedzieć. Nie jest ona ani kompletnym przewodnikiem dla młodych businessmanów, nie jest też autobiografią. Łączy tak naprawdę ze sobą wiele różnych elementów. Na pewno można z niej wyciągnąć wiele przydatnych informacji, a przede wszystkim, prostych i zawsze aktualnych schematów działania i zasad. I w odróżnieniu do wielu podobnych publikacji, z ust Czarneckiego to wszystko brzmi wyjątkowo wiarygodnie.
Dla mnie takie książki są o tyle cenne, że stanowią pożywkę dla moich własnych pomysłów i koncepcji. Nawet czytając o biznesie prowadzonym w z nieznanej mi dziedzinie, potrafię wiele rzeczy adaptować do swoich potrzeb, co zdecydowanie poszerza moje horyzonty. Z lektury wspomnianej powyżej książki wyciągnąłem trzy strony notatek i kilka złotych myśli jak:
„Stworzyć unikalną, niepowtarzalną wartość dla klienta, trudną do skopiowania przez konkurencję.”
„Dobry pomysł musi wynikać z braku danych usług na rynku albo z ich słabej dostępności.”
Dwa bardzo proste, ale jak ważne stwierdzenia, potwierdzające zresztą teorie, do których z czasem sam się coraz bardziej przekonuję. Pierwsza – service is the king. Druga – najbardziej udane pomysły biznesowe to te, które rozwiązują realne, istniejące w życiu problemy. Mając na co dzień do czynienia z różnymi firmami sprzedającymi przeróżne produkty i serwisy zauważyłem, że poziom obsługi klienta jest w większości z nich na bardzo słabym poziomie. Niestety, ale jesteśmy jeszcze daleko za Zachodem, gdzie o klienta się dba i walczy się o jego lojalność. Wiąże się to zapewne z dwoma istotnymi faktami – koszt uzyskania nowego klienta jest trzykrotnie wyższy od kosztu utrzymania istniejącego klienta oraz dużo łatwiej jest sprzedawać produkty i usługi istniejącym klientom. Dlatego postępując jak Wojciech Sobieraj w opisanym przez Czarneckiego przypadku Alior Banku, można stworzyć udany model biznesowy oparty na jednym kluczowym założeniu – będziemy oferowali ten sam produkt co konkurencja, ale nasza obsługa klienta będzie na nieporównywalnie wyższym poziomie. A więc naszym USP nie jest rewolucyjna, nowa usługa ale sam poziom jej wykonania, który odróżnia nas od konkurencji.
p.s. Spędziłem wiele godzin szukając właściwej nazwy dla tego bloga. Chciałem w niej zawrzeć wszystko, o czym potencjalnie mogę pisać, co mnie ciekawi i czym zajmuję się na codzień. Jak to często bywa, najprostszy pomysł okazał się tym najlepszym. O czym będzie ten blog? O biznesie. A więc tak powstał Po Prostu Biznes.