Tuesday, 26 August 2014

Rekruting dla opornych.

Jak już wiadomo po ostatnim poście, znów trafiłem na otwarty rynek pracy. I powiem szczerze, że nie byłem specjalnie z tego powodu zadowolony. Przez niecałe trzy miesiąca od momentu zakończenia współpracy z poprzednią firmą, stanąłem przed koniecznością szukania kolejnej pracy na etat. Te trzy miesiące zajęło mi rozpisanie na części pierwsze kolejnego w moim życiu pomysły na biznes, co skończyło się tym czym zawsze, czyli porzuceniem pomysłu. Tutaj jednak nie zabrakło mi wiary w sam pomysł a cyferki się nie zgadzały. Początkowe kalkulacje wyglądały obiecująco, ale później wyszło mi, że aby zarobić 1000zł na czysto, musiałbym wpakować się w zobowiązania leasingowe na jakieś 50,000zł. A więc żeby dojść do skromnej pensji 3,000zł, musiałbym się podpisać pod papierami na 150,000zł. Koniec końców i tak się okazało, że firma leasingowa wycofała się z pomysłu sfinansowania mi nawet 1/4 tej imprezy... Śmiesznie by było, gdyby się zdecydował jednak ruszać z biznesem i nagle, tuż przed startem okazało się, że jednak nici z finansowania. Wnioski? Trzeba mierzyć siły na zamiary i nie można ufać firmom leasingowym aż do momentu, w którym masz w ręce podpisaną umowę. 

Ten powrót na nasz wrocławski rynek pracy nie jest czymś, za czym specjalnie tęskniłem. Znów czekał mnie magiczny proces rekrutacji, dziesiątki wysłanych CV i może jedno czy dwa zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne. Faktem jest, że nie byłem w swoim życiu na rozmowie kwalifikacyjnej, po której nie przyjęto by mnie potem na aplikowane stanowisko pracy, ale jakoś chwilowo stanowi to dla mnie kiepskie pocieszenie. 

Szukanie przeze mnie pracy jest zawsze o tyle trudne, że jak to zauważył ostatnio mój ojciec, ja nie mam żadnego zawodu. No tak, nie mam. I jakoś te 10 lat pracuję i jakoś sobie radzę... Przyznaję, że przy szukaniu pracy jednak ta uniwersalność zawodowa w niczym nie pomaga. Rzadko widać ogłoszenia, w których szukają 'specjalistów od wszystkiego'. Obecnie trend idzie w stronę dość wąskich specjalizacji z anglojęzycznymi nazwami stanowisk, albo w tzw. 'mięso armatnie', czyli w sprzedawców, przedstawicieli handlowych itp. A ja jak na złość, najlepiej czuję się w małych firmach, gdzie mam dużo do powiedzenia. Ktoś by mógł w tej chwili powiedzieć, że w takim razie najlepiej byłoby założyć swoją firmę. I tu wracamy do punktu wyjścia... 

Biznesy to ja w życiu prowadziłem - dla innych, albo swoje, na papierze. I tak wczoraj jak o tym wszystkim myślałem, to mnie olśniło. W swoim życiu, na zlecenie różnych firm, robiłem wiele ambitnych rzeczy, o których nie zawsze miałem do końca pojęcie. No bo przecież zaprojektowałem trzy nowe linie kosmetyków hotelowych, obsługiwałem potężną wtryskarkę na linii produkcyjnej, reprezentowałem firmę na wielkich targach w Dubaju, tworzyłem katalogi produktów, zarządzałem grupą 130 pracowników - mógłbym jeszcze tak długo wymieniać. I tak właśnie wczoraj sobie pomyślałem - czy zrobiłbym którąkolwiek z tych rzeczy, gdybym miał zrobić to dla siebie samego? Cholera, chyba nie. Paradoks, prawda? Czy chodzi o odpowiedzialność, która potencjalnie była wtedy na kimś innym? Dupa - odpowiedzialność ciążyła na mnie. Wyjaśnienie tej kwestii mogłoby pomóc mi pokierować nieco sensowniej dalszymi decyzjami, dotyczącymi mojej 'kariery'.

Sunday, 17 August 2014

O tym, do czego może doprowadzić brak wiary...

Im dłużej o tym myślę tym bardziej dochodzę do wniosku, że pisanie postów na blogu raz na pół roku (jeśli nie rzadziej), nie ma sensu. Ale jeszcze mniej sensu ma nie pisanie w ogóle... Tak duże przerwy w pisaniu zostawiają wielomiesięczne wyrwy w życiorysie, które ciężko potem streścić w kilku zdaniach, a pisanie epopei też nie do końca ma sens. Jeśli jednak muszę już wybrać, wolę napisać skrótowo i mało niż przynudzać, zdecydowanie. 

Moja przygoda z ostatnią firmą skończyła się jakieś trzy miesiące temu. W międzyczasie było wiele kolejnych wzlotów i upadków, jednak koniec końców wyszło, że moja 'firma marzeń' nie będzie ostatnim miejscem zatrudnienia w moim życiu. Cóż. Dla szeroko pojętego dobra firmy przeprowadziłem się 100km od Wrocławia, do małej dziury, w której firma ma swoją siedzibę. Niestety, przeprowadzka objęła tylko mnie, a więc w każdy poniedziałek o 5 wyjeżdżałem do wspomnianej dziury, żeby w każdy piątek jak szybko się da, wracać do Wrocławia. Układ mniej niż idealny, miało to być niby przejściowo, trwało w końcu ponad pół roku czy jakoś tak. Określenie dokładnego czasu uniemożliwia mi mój absolutny brak poczucia czasu. Często mi ciężko określić
czy coś się działo dwa miesiące temu, pół roku temu czy rok temu. Między zamieszkaniem tam a wyprowadzką było oczywiście wiele wzniosłych projektów, z których jeden upadał za drugim, za każdym razem według sprawdzonego schematu. Najpierw burza mózgów (bo coś w życiu trzeba robić a firma musi się rozwijać), potem genialny pomysł (wszyscy wpadają w zachwyt), potem grzebanie w szczegółach (tutaj zazwyczaj research z mojej strony), później czas spowolnienia (czyli "wszyscy myślą, że projekt się zrobi sam"), dalej faza zwątpienia a na koniec klasyczne porzucenie. Załapałem się rzecz jasna na kilka kolejnych wyjazdów służbowych, a więc spokojnie mogę Wam powiedzieć, że Paryż jest paskudny, Citroen C3 to najnudniejszy samochód na świecie a Bordeaux jest na zupełnym chill-oucie i człowiek czuje się tam jak na permanentnych wakacjach. Po powrocie z delegacji jeszcze tylko dym o to czy sześć dni pracy za granicą (nie mieszkając w międzyczasie we Wrocławiu) to wystarczający powód żeby sobie zrobić po nim dwa dni wolnego, czy raczej należałoby się rzucić w wir pracy. Chyba nie muszę tłumaczyć kto optował za czym. 

Koniec końców, doszliśmy do wniosku, że firma nie ma mi z czego płacić, a w sumie, że bardziej jej się opłaca mi nie płacić i zaoszczędzić parę złotych, niż mnie utrzymywać. Mimo, iż moje działania zainicjowane przed odejściem zaczęły przynosić rezultaty. Ale jeśli słyszę od Szefa, że on nie do końca wierzy w sprzedaż internetową, bo nigdy się nią nie zajmował, to w mojej głowie od razu pojawia się pytanie, czy oby na pewno dobrze trafiłem. Postarałem się pójść tokiem myślowym Szefa i przedstawić mu racjonalne (czytaj: finansowe) powody, dla których warto inwestować w sklep internetowy, jednak jak nie trudno zgadnąć, nie przemówiły one do niego. Niestety nawet, kiedy się okazało, że już w ciągu miesiąca sklep wyjdzie na zero, a więc nie będzie przynosił strat. Wiadomo, w życiu trzeba walczyć o swoje, jednak każdy świadomy swoich czynów człowiek musi umieć przyznać przed sobą samym, że obrana droga nie prowadzi już nigdzie dalej. Z firmą rozstawałem się z żalem i ulgą. Z żalem, bo polubiłem pracę z ludźmi i codzienny kontakt z nimi. Z ulgą, bo mogłem wrócić do Wrocławia i przestać być gościem w swoim domu. 

Moje odejście z firmy wiąże się z jeszcze jedną ciekawą okolicznością, ale to temat na zupełnie inną historię.