Jak już wiadomo po ostatnim poście, znów trafiłem na otwarty rynek pracy. I powiem szczerze, że nie byłem specjalnie z tego powodu zadowolony. Przez niecałe trzy miesiąca od momentu zakończenia współpracy z poprzednią firmą, stanąłem przed koniecznością szukania kolejnej pracy na etat. Te trzy miesiące zajęło mi rozpisanie na części pierwsze kolejnego w moim życiu pomysły na biznes, co skończyło się tym czym zawsze, czyli porzuceniem pomysłu. Tutaj jednak nie zabrakło mi wiary w sam pomysł a cyferki się nie zgadzały. Początkowe kalkulacje wyglądały obiecująco, ale później wyszło mi, że aby zarobić 1000zł na czysto, musiałbym wpakować się w zobowiązania leasingowe na jakieś 50,000zł. A więc żeby dojść do skromnej pensji 3,000zł, musiałbym się podpisać pod papierami na 150,000zł. Koniec końców i tak się okazało, że firma leasingowa wycofała się z pomysłu sfinansowania mi nawet 1/4 tej imprezy... Śmiesznie by było, gdyby się zdecydował jednak ruszać z biznesem i nagle, tuż przed startem okazało się, że jednak nici z finansowania. Wnioski? Trzeba mierzyć siły na zamiary i nie można ufać firmom leasingowym aż do momentu, w którym masz w ręce podpisaną umowę.
Ten powrót na nasz wrocławski rynek pracy nie jest czymś, za czym specjalnie tęskniłem. Znów czekał mnie magiczny proces rekrutacji, dziesiątki wysłanych CV i może jedno czy dwa zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne. Faktem jest, że nie byłem w swoim życiu na rozmowie kwalifikacyjnej, po której nie przyjęto by mnie potem na aplikowane stanowisko pracy, ale jakoś chwilowo stanowi to dla mnie kiepskie pocieszenie.
Szukanie przeze mnie pracy jest zawsze o tyle trudne, że jak to zauważył ostatnio mój ojciec, ja nie mam żadnego zawodu. No tak, nie mam. I jakoś te 10 lat pracuję i jakoś sobie radzę... Przyznaję, że przy szukaniu pracy jednak ta uniwersalność zawodowa w niczym nie pomaga. Rzadko widać ogłoszenia, w których szukają 'specjalistów od wszystkiego'. Obecnie trend idzie w stronę dość wąskich specjalizacji z anglojęzycznymi nazwami stanowisk, albo w tzw. 'mięso armatnie', czyli w sprzedawców, przedstawicieli handlowych itp. A ja jak na złość, najlepiej czuję się w małych firmach, gdzie mam dużo do powiedzenia. Ktoś by mógł w tej chwili powiedzieć, że w takim razie najlepiej byłoby założyć swoją firmę. I tu wracamy do punktu wyjścia...
Biznesy to ja w życiu prowadziłem - dla innych, albo swoje, na papierze. I tak wczoraj jak o tym wszystkim myślałem, to mnie olśniło. W swoim życiu, na zlecenie różnych firm, robiłem wiele ambitnych rzeczy, o których nie zawsze miałem do końca pojęcie. No bo przecież zaprojektowałem trzy nowe linie kosmetyków hotelowych, obsługiwałem potężną wtryskarkę na linii produkcyjnej, reprezentowałem firmę na wielkich targach w Dubaju, tworzyłem katalogi produktów, zarządzałem grupą 130 pracowników - mógłbym jeszcze tak długo wymieniać. I tak właśnie wczoraj sobie pomyślałem - czy zrobiłbym którąkolwiek z tych rzeczy, gdybym miał zrobić to dla siebie samego? Cholera, chyba nie. Paradoks, prawda? Czy chodzi o odpowiedzialność, która potencjalnie była wtedy na kimś innym? Dupa - odpowiedzialność ciążyła na mnie. Wyjaśnienie tej kwestii mogłoby pomóc mi pokierować nieco sensowniej dalszymi decyzjami, dotyczącymi mojej 'kariery'.
