Im dłużej o tym myślę tym bardziej dochodzę do wniosku, że pisanie postów na blogu raz na pół roku (jeśli nie rzadziej), nie ma sensu. Ale jeszcze mniej sensu ma nie pisanie w ogóle... Tak duże przerwy w pisaniu zostawiają wielomiesięczne wyrwy w życiorysie, które ciężko potem streścić w kilku zdaniach, a pisanie epopei też nie do końca ma sens. Jeśli jednak muszę już wybrać, wolę napisać skrótowo i mało niż przynudzać, zdecydowanie.
Moja przygoda z ostatnią firmą skończyła się jakieś trzy miesiące temu. W międzyczasie było wiele kolejnych wzlotów i upadków, jednak koniec końców wyszło, że moja 'firma marzeń' nie będzie ostatnim miejscem zatrudnienia w moim życiu. Cóż. Dla szeroko pojętego dobra firmy przeprowadziłem się 100km od Wrocławia, do małej dziury, w której firma ma swoją siedzibę. Niestety, przeprowadzka objęła tylko mnie, a więc w każdy poniedziałek o 5 wyjeżdżałem do wspomnianej dziury, żeby w każdy piątek jak szybko się da, wracać do Wrocławia. Układ mniej niż idealny, miało to być niby przejściowo, trwało w końcu ponad pół roku czy jakoś tak. Określenie dokładnego czasu uniemożliwia mi mój absolutny brak poczucia czasu. Często mi ciężko określić
czy coś się działo dwa miesiące temu, pół roku temu czy rok temu. Między zamieszkaniem tam a wyprowadzką było oczywiście wiele wzniosłych projektów, z których jeden upadał za drugim, za każdym razem według sprawdzonego schematu. Najpierw burza mózgów (bo coś w życiu trzeba robić a firma musi się rozwijać), potem genialny pomysł (wszyscy wpadają w zachwyt), potem grzebanie w szczegółach (tutaj zazwyczaj research z mojej strony), później czas spowolnienia (czyli "wszyscy myślą, że projekt się zrobi sam"), dalej faza zwątpienia a na koniec klasyczne porzucenie. Załapałem się rzecz jasna na kilka kolejnych wyjazdów służbowych, a więc spokojnie mogę Wam powiedzieć, że Paryż jest paskudny, Citroen C3 to najnudniejszy samochód na świecie a Bordeaux jest na zupełnym chill-oucie i człowiek czuje się tam jak na permanentnych wakacjach. Po powrocie z delegacji jeszcze tylko dym o to czy sześć dni pracy za granicą (nie mieszkając w międzyczasie we Wrocławiu) to wystarczający powód żeby sobie zrobić po nim dwa dni wolnego, czy raczej należałoby się rzucić w wir pracy. Chyba nie muszę tłumaczyć kto optował za czym.
Koniec końców, doszliśmy do wniosku, że firma nie ma mi z czego płacić, a w sumie, że bardziej jej się opłaca mi nie płacić i zaoszczędzić parę złotych, niż mnie utrzymywać. Mimo, iż moje działania zainicjowane przed odejściem zaczęły przynosić rezultaty. Ale jeśli słyszę od Szefa, że on nie do końca wierzy w sprzedaż internetową, bo nigdy się nią nie zajmował, to w mojej głowie od razu pojawia się pytanie, czy oby na pewno dobrze trafiłem. Postarałem się pójść tokiem myślowym Szefa i przedstawić mu racjonalne (czytaj: finansowe) powody, dla których warto inwestować w sklep internetowy, jednak jak nie trudno zgadnąć, nie przemówiły one do niego. Niestety nawet, kiedy się okazało, że już w ciągu miesiąca sklep wyjdzie na zero, a więc nie będzie przynosił strat. Wiadomo, w życiu trzeba walczyć o swoje, jednak każdy świadomy swoich czynów człowiek musi umieć przyznać przed sobą samym, że obrana droga nie prowadzi już nigdzie dalej. Z firmą rozstawałem się z żalem i ulgą. Z żalem, bo polubiłem pracę z ludźmi i codzienny kontakt z nimi. Z ulgą, bo mogłem wrócić do Wrocławia i przestać być gościem w swoim domu.
Moje odejście z firmy wiąże się z jeszcze jedną ciekawą okolicznością, ale to temat na zupełnie inną historię.

No comments:
Post a Comment