Friday, 26 October 2012

Hi-tech po polsku.

Swoją kolejną pracę po nieruchomościach znalazłem dość szybko. Rzecz jasna, biorąc pod uwagę obecną sytuację na rynku pracy (już mi uszami wychodzi to określenie: obecna sytuacja na rynku pracy - niby nic a mówi wszystko) cieszyłem się, że nie zostałem bez zajęcia zbyt długo. 

Zaoferowana mi praca miała przebiec trzy etapowo: tygodniowe przygotowania do targów w Kolonii, tygodniowe targi w Kolonii i wszystko co potem. Wynagrodzenie też nie było złe, usłyszałem: 'Za pierwszy tydzień pracy oferujemy Ci 1000zł, za drugi 1000zł no a to daje 4000zł miesięcznie'. Mucha nie siada, co? Ofertę przyjąłem i zacząłem walkę (dosłownie!) z przygotowaniami do targów. 

W ciągu siedmiu dni przetłumaczyłem całą stronę internetową firmy i ich katalog produktów, co do dzisiaj uważam za wyczyn, szczególnie przy takiej ilości fachowego słownictwa jakie tam występowało. Już wtedy zauważyłem, że Szefostwo ma szczególną metodę porozumiewania się: krzyk i bluzgi. I co zabawniejsze: właścicielem firmy był absolwent dziennikarstwa a jego głównym doradcą jego ojciec (Jarek Wielki), facet z (podobno) wieloletnim doświadczeniem w międzynarodowych firmach i kiedysiejszy pracownik naukowy na Politechnice. A sama firma nie sprzedawała ziemniaków tylko specjalistyczny sprzęt do tworzenia prezentacji 3D i 360 stopni. W tym kontekście ich nieustanne darcie się i bardzo niewybredny dobór słownictwa wydawały mi się jeszcze dziwniejsze. 

Po powrocie z targów siedliśmy razem żeby finalnie ustalić warunki współpracy i zakres moich obowiązków. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że mam zarabiać nie 4000zł miesiąc ale... 1000zł podstawy + 500zł premii uznaniowej. No i procent od sprzedaży. Rozdźwięk między tym co mi oferowano przed targami a tym co mi zaoferowano po nich był druzgocący. Wiadomo - obecna sytuacja na rynku pracy bleeeeee - postanowiłem tam zostać, przynajmniej jakiś czas. 

Niestety, ale wraz ze znacznym zmniejszeniem się moich zarobków, forma współpracy nie zmieniła się nic a nic. Elastyczne godziny pracy z ogłoszenia okazały się być niczym innym jak powiedzeniem - miło by było gdybyś pracował więcej niż 8 godzin dzienne i dorzucił do tego weekendy, o pieniądze za to nie pytaj. Moje dotychczasowe doświadczenia z różnych miejsc pracy nauczyły mnie na pewno jednego - teoretycznymi, hipotetycznymi czy prognozowanymi zarobkami rachunków nie zapłacisz. Mówienie - tyle dostaniesz od firmy, ile dasz od siebie jest frazesem, brzmi ładnie i ma motywować. W praktyce oznaczało to kilkaset złotych więcej do wypłaty na koniec miesiąca, które nie wiem czy pokrywało nawet ilość dodatkowych, przepracowanych godzin. A więc z uporem maniaka pracę zaczynałem o 8 i kończyłem o 16 - ani minuty później, co rzecz jasna mojemu pracodawcy nie było na rękę. 

Pracy tam nie mogę określić inaczej jak podręcznikowy przykład mobbingu. Wydzierano się na mnie regularnie, praktycznie za wszystko co możliwe. Okazało się nagle, że to ja jestem winny wszystkim sprawom, które w firmie szły nie tak, łącznie z tymi, które zaistniały jeszcze przed moim przyjściem do tej firmy. Każda moja czynność była kontrolowana, każdy krok i każde 5 minut pracy. I wszystko co robiłem było źle. W końcu po jednej kłótni wywalczyłem święty spokój na miesiąc czasu, żebym mógł realizować swój program rozwoju firmy. W ciągu pierwszego tygodnia zrobiłem nowe cenniki, nowe ofertówki dla klientów i kilka innych rzeczy  i zgadnijcie co! Podobało im się! Co nic a nic nie zmieniło ich nastawienia do mnie. Nadal byłem traktowany jak chłopiec do bicia. 

Czara goryczy jednak się przelała na targach e-commerce, które miały miejsce dwa dni temu we Wrocławiu.  Wokoło firmy z całej polski, potencjalni klienci i potencjalni partnerzy handlowi - a Szef z Jarkiem Wielkim zaczęli od robienia dymu na pół Hali Stulecia. Pokłócili się z wystawcami obok, że ich zasłaniają, że są tam gdzie ich być nie powinno, że mają się przesunąć. Gdyby nie interwencja organizatora to nie wiem jak to by się skończyło. No a potem znów zaczęli jeździć po mnie aż do momentu, kiedy warknąłem na Ojca Szefa, żeby nie podnosił na mnie głosu, bo sobie tego nie życzę - poskutkowało (chociaż szczerze mówiąc to miałem ochotę powiedzieć mu to znacznie bardziej dobitnie). Wyobrażacie sobie? Ludzie wokoło, firmy, spotkania biznesowa a oni jeżdżą po mnie jak po burej suce. 

Cała sytuacja zakończyła się w momencie, gdy zlecono mi pilnowanie jakiś kabli przy jednym ze skanerów, bo poprzez swoje uwielbienie do robienia wszystkiego na ostatnią chwilę Pan Jarek nie zabezpieczył ich odpowiednio. Wystarczyła jedna chwila nieuwagi, kable się zaplątały w maszynę łamiąc jej obudowę. Oczywiście winnym zostałem okrzyknięty ja, oczywiście pomijając fakt, że Jarek Wielki w momencie awarii sprzętu stał naprzeciw niego, patrząc się na te klinujące się kable. A więc od słowa do słowa - zabrałem swoje rzeczy i opuściłem targi stwierdzając, że dalsze użeranie się z tymi dwoma czubkami nie ma żadnego sensu. 

W swoim życiu pracowałem w różnych firmach, ale z takimi oszołomami nie miałem jeszcze do czynienia. Młodszy - bez pojęcia o biznesie, robiącym wszystko na wyczucie, latający z każdym mailem do Jarka Wielkiego, żeby ten mu go sprawdził (może przyzwyczajenie z młodszych lat i dyktand w domu?!). No i Jarek Wielki, który w życiu robił już wszystko, zna się na każdej dziedzinie biznesu i jako jedyna osoba na planecie ma patent na prawdę i słuszność w każdej sprawie. Mówią 'każdej' dodam tylko, że potrafił sprawdzać maile, które pisałem po angielsku, samemu po angielsku nie mówiąc... No i brak umiejętności jakiegokolwiek planowania, co dobijało mnie najbardziej. Przed targami w Kolonii pracowaliśmy do późna, od 8 do 21-22, najwięcej pracowałem 15 godzin w ciągu dnia. Przebili samych siebie przed targami we Wrocławiu (Hala Stulecia jest mniej niż 20 minut autem od siedziby firmy), kiedy dzień przed nimi pracowali do 01:30 a.m., zaliczający tym samym 17.5 godzinny dzień pracy. 

Tak naprawdę sytuacje, które opisałem to jedynie drobny wycinek codziennego gnębienia psychicznego, którego doświadczałem. Miałem wiedzieć i umieć wszystko, nawet to czego mi nigdy nie wyjaśniano, nie pytano mnie o zdanie przy podejmowaniu decyzji dotyczących mojego departamentu a później obarczano mnie winą za negatywne skutki tych decyzji. Ten post miał powstać dawno temu, ale miałem taki chaos w głowie, że nie wiedziałem nawet od czego zacząć i jak to wszystko opisać. Podczas pobytu w UK pracowałem w rodzinnej firmie, którą prowadziło dwóch braci a ich Ojciec pełnił rolę doradcy, kiedy mieli z czymś problem. Przez 1.5 roku nie słyszałem ani razu żeby na siebie krzyczeli, raz na sto lat rozmawiali podniesionym głosem. Ale każdy miał określone obowiązki, każdy wiedział co powinien robić i za co odpowiada. A tutaj?! Wszyscy robili wszystko, Jarek Wielki kontrolował absolutnie każdą czynność w firmie, jednocześnie nie przyjmując na siebie odpowiedzialności za nic i po raz pierwszy w życiu widziałem ojca i syna, którzy porozumiewali się na tak prostackim i chamskim poziomie. 

Nic to, oni są już dla mnie przeszłością, niech teraz budują sieć dystrybucji w Wielkiej Brytanii sami, Jarek Wielki przecież zna angielski... Ja znów wylądowałem na naszym rynku pracy i będę doświadczał na własnej skórze obecnej sytuacji na nim panującej. 

Thursday, 4 October 2012

Metro-kapitalizm, czyli jak jeden uśmiech może zrobić z Ciebie sprzedawcę roku.

Trochę czasu od ostatniego wpisu minęło, co się zmieniło? Wszystko. Praca w nieruchomościach jest tylko odległym wspomnieniem, mogę ze spokojem napisać - całe szczęście. Po kilku (dwóch?) tygodniach początkowej ekscytacji, czar prysł i przychodzenie tam codziennie stało się męczarnią. To, że prestiż pracy agenta nieruchomości w Polsce jest jedynie mitem przyniesionym z zachodnich filmów, pisałem już w poprzednim poście. Teraz mogę jedynie dodać, że jest to praca, którą może wykonywać absolutnie każdy. Jeśli tylko umiesz sobie radzić z codziennym, nieustannym i wielokrotnym odrzuceniem to mogę napisać, że jesteś nawet predysponowany do tego rodzaju pracy. Ja nie czuję się tego typu osobą, a inna sprawa, że nie lubię pracy odtwórczej. Zawsze mi się wydawało, że sprzedaż mieszkań wymaga talentu, umiejętności prezentacji i 'tego czegoś'. Nic z tych rzeczy. Tu działa prosta matematyka: x telefonów = x spotkań, x spotkań = x przyjęć, x przyjęć = x prezentacji, x prezentacji = x sprzedaży. Tutaj działa średnia, na 12 pokazanych mieszkań, statystycznie, powinieneś mieć jedną sprzedaż. Mało to ambitne, po prostu tłuczesz codziennie to samo aż cyfry same zaczną pracować na Ciebie. Jednych to może bawi, mnie jednak nie specjalnie. 

Rozmowa z przełożonym o opuszczeniu pracy była... szczególna. Wydawał się osobiście urażony faktem, że chcę opuścić tą firmę i jego zespół. Powołał się nawet na fakt, że podczas rozmowy kwalifikacyjnej powiedziałem, że jestem odporny na stres i nie zniechęcam się łatwo. Wyśmiałem go... Spytałem, czy on naprawdę stara mi się powiedzieć, że ufa, iż każdy kandydat mówi mu prawdę, całą prawdę i tylko prawdę? Wyjaśniłem mu, że na rozmowie kwalifikacyjnej działa taka zależność - oni mówią mi wszystko co muszę usłyszeć żeby chcieć tą pracę, a ja im wszystko co potrzebne żeby tą pracę dostać. Gdyby to jego oburzenie było jeszcze szczere to może miałbym jakieś wyrzuty sumienia. Jednak kiedy takie słowa kieruje do Ciebie zawodowy sprzedawca (czytaj: człowiek, który żyje z kłamania, lub w najlepszym wypadku, naciągania faktów) to cała sytuacja wydaje się być naprawdę komiczna i kuriozalna. Oddałem wszystkie służbowe sprzęty, druki i inne pierdoły, potem pożegnałem się z całą ekipą, kierownikiem regionalnym i tyle mnie widzieli. 

Krótka bo krótka, ale praca w nieruchomościach była dla mnie ciekawym doświadczeniem. Dzień zaczynał się od prasowania koszuli, zakładania garnituru, potem podróż do pracy. A potem niekończące się telefony i ganianie po mieście. To za co tą firmę mogę pochwalić, chociaż nie wiem czy to akurat jej zasługa, to grupa ludzi, z którymi pracowałem i ogólna atmosfera. Wszyscy siebie wspierali, pomagali sobie, motywowali się. Bardzo fajna sprawa, chociaż miałem czasami wrażenie, że balansuje to na pograniczu szczerego wsparcia i ciśnięcia na rezultaty, na sprzedaż. O ile w przypadku zwykłych pracowników nie było takich wątpliwości, to manager szybko okazał się człowiekiem, który cokolwiek robił to robił to żeby wycisnąć z Ciebie jak najwięcej sprzedaży, wrażenie troski o Ciebie i szczerego wsparcia gdzieś zanikało, rozmywało się. 

Od zakończenia tej pracy minęło już trochę czasu, rozpocząłem nowy rozdział pt. "A teraz czas na kapitalizm po Polsku". Powiem Wam, że ta część jest nie mnie fascynującym zjawiskiem biznesowym jak nieruchomości, ale o tym może innym razem.