Tuesday, 17 July 2012

Spec do wynajęcia.

I tak oto z dniem wczorajszym stałem się kolejnym bezrobotnym, zasilającym niezliczone zastępy nierobów bez etatu. Nie to żeby mnie ktoś z pracy wyrzucił, o nie. Ja tak sam z siebie odszedłem, widać za dobrze mi było z wypłatą co miesiąc. Czy żałuję? Oj tak. Że nie zrobiłem tego wcześniej. 

Kiedy dostałem tą pracę to wydawało mi się, że złapałem Pana Boga za nogi. Umowa o pracę po całych trzech tygodniach okresu próbnego, duża podwyżka i niezła premia co miesiąc. No i duża możliwość rozwoju, realizowania nowych koncepcji, projektów, coś w sam raz dla mnie. Miesiąc czy dwa wszystko szło nieźle, potem jednak okazało się, że piękne plany i wizje przytłoczyła zwykła Polska rzeczywistość. Premie szybko się skończyły, kolejne raporty naprawy sytuacji w firmie pozostawały bez odpowiedzi. Podobnie jak moje nowe koncepcje rozwoju, postawienia firmy na nogi, w której ani jeden dział na siebie nie zarabiał. 

Z czasem mój entuzjazm słabł, jedynie co jakiś czas podbudowywany kolejną rozmową bez pokrycia z Szefem. I tak oto z obiecującego stanowiska pracy stoczyłem się w otchłań tygodni bez ani jednego wyznaczonego zadania, bez żadnej spójnej koncepcji rozwoju, bez odpowiedzi na moje maile i raporty. Później było już tylko gorzej, rosnące sterty niezapłaconych faktur, problemy w innych działach firmy, brak kontaktu z Szefem no i spóźniające się wypłaty. 

Po raz kolejny w życiu okazuje się, że pieniądze szczęścia nie dają. Zauważyłem, że coraz częściej zaczynają się dla mnie liczyć w pracy takie rzeczy jak na przykład to, z kim pracuje i czy mogę się czegoś od tych osób nauczyć. Czy mogę się realnie rozwijać i wprowadzać swoje pomysły w życie. Czy moje wysiłki są chociażby dostrzegane i w jakimś stopniu doceniane. To wszystko składa się na ogólne zadowolenie, kiedy pracuje się na etacie i dopiero z odpowiednią pensją tworzy jedną całość. \

Wizja na przyszłość? Niepewna. Gdybym był w UK to bym się nie przejmował, tam zawsze by się znalazło coś ciekawego. No i tam oceniali Cię przez pryzmat Twoich umiejętności a nie dyplomów i tytułów naukowych. W Polsce jednak zawsze pierwsze pytanie będzie o wykształcenie i to mnie martwi. Zauważyłem również, że zazwyczaj szuka się tutaj ludzi do jednego konkretnego zadania, ja zaś jestem typem, który doskonale radzi sobie z wieloma różnymi zadaniami, który nie czuje się komfortowo w bardzo zamkniętej i określonej roli. Nie wiem co z tego wyjdzie, czas pokaże. Ale przebywanie na Polskim rynku pracy jakoś nie nastraja mnie pozytywnie. 

A może to czas na swój biznes....? 

Monday, 9 July 2012

A ja narzekam na ZUS...

Po przeczytaniu tego artykułu trochę (a nawet bardzo trochę) mi wstyd, że tak często powtarzam, że w Polsce ciężko się robi interesy. Polecam gorąco - link. Na tym przykładzie aż zbyt dosadnie widać, że jeśli się chce, to można i nie mają tu znaczenia ograniczenia zwiazane z miejscem, czasem czy dostępnymi funduszami. Liczy się inicjatywa. 
 
 zródło: wiadomosci.gazeta.pl

Sunday, 8 July 2012

K.I.S.S.

Czy chodzi o ten KISS?



Bynajmniej. Chodzi o popularną w biznesie zasadę Keep It Simple Stupid, z którą to mam problemy od kiedy pamiętam. Mówiąc krótko, proste pomysły zawsze wydają mi się skazane na niepowodzenie. No może nie skazane na niepowodzenie, zle to ująłem, ale nie wydają się dla mnie mieć wystarczająco potencjału, żeby się nimi zająć. Nie wiem dlaczego zawsze muszę myśleć na dużą skalę. To błąd z samego założenia, zresztą pisałem o tym jakiś czas temu. Zamiast zacząć przysłowiowe coś, ja nie zaczynam nic. Coś jest punktem, z którego można iść w różne strony, coś daje Ci opcje i możliwości, coś jest podjęciem konkretnego działania. I ten pierwszy krok jest dla mnie tym najtrudniejszym. 

Podobnie mieli właściciele firmy Trevelito, wypożyczalni sprzętu przydatnego do podróżowania z dzieckiem.Tylko, że im było potrzebne przeczucie, ogóle przesłanki o zapotrzebowaniu na tego typu usługę i trochę pieniędzy zebranych od rodziny i znajomych. Nic więcej. Tak przynajmniej wynika z artykułu, który czytałem o nich na wyborcza.biz (artykuł). Co prawda początki nie były łatwe, ale po jakimś czasie okazało się, że biznes się rozkręca, w czym pomogło Google AdWords, i zaszła konieczność dokupienia sprzętu. I tak oto małżeństwo prowadząc sezonową działalność (od marca do września) i robiąc to co lubią, zarabiają na siebie, na utrzymanie biznesu i na podróże poza sezonem, podczas których testują nowy sprzęt. Te wszystkie rzeczy są dla mnie wyznacznikiem sukcesu, który Travelito niewątpliwie osiągnęło. 

Ja będąc na ich miejscu nie zdecydowałbym się na otwarcie takiej działalności. Dlaczego? No bo jak to tak bez szczegółowego biznesplanu, kosztorysów, badań rynku ze szczególnym uwzględnieniem zapotrzebowania na taką usługę i masy innych rzeczy? A jednak się da. I to mnie dobija. Nie to żebym zle życzył właścicielom Travelito, wręcz przeciwnie. Dobija mnie to, że nie potrafię zrobić tego jednego kroki do przodu. 

Mam pomysł, i to taki, do którego jestem przekonany. Wszystkie wyliczenia pokazują, że biznes ma duży potencjał i powinien na siebie zarobić. Jest to usługa oferowana na całym świecie, w Polsce zajmuje się tym zaledwie jedna czy dwie firmy i to nie z jakiś wielkim rozmachem.  Jest skierowany do sektora e-commerce, a więc takiego, który ma w najbliższych latach tylko się rozwijać. A więc w czym problem? Chyba w niczym, no, może we mnie. Najwyższy czas to zmienić. 


Thursday, 5 July 2012

mamdosprzedaniaswietnedomeny.pl

Od jakiegoś czasu mam w głowie koncepcję biznesu idealnego. Koncepcja ta nie opiera się tyle na konkretnym pomyśle co na kilku ogólnych zasadach. Biznes musi być przede wszystkim mobilny, muszę mieć możliwość prowadzenia go z dowolnego miejsca na świecie. Co z tym związane, nie może mnie on wiązać towarem z żadnym konkretnym miejscem. Jego centrum nie może być produkt, tylko pomysł. Biznes ten musi być również skalowalny. Wiem, że dla wielu brzmi to jedynie jak lista pobożnych życzeń, ale dla mnie wszystkie wymienione elementy definiują biznes idealny. Może jeszcze 40-50 lat temu byłoby to niemożliwe do wykonania, teraz już nie ma takich ograniczeń. No, może poza zasięgiem łączy internetowych. 

Na jednej ze stron trafiłem na artykuł o polskim prekursorze handlu domenami. Sam pomysł nie był dla mnie niczym nowym, jednak artykuł skłonił mnie do zastanowienia się, czy przypadkiem ten model biznesowy nie byłby odpowiedni dla mnie. Nie zajmuje dużo czasu stwierdzenie, że spełnia on wszystkie powyższe wymagania, plus jeszcze kilka dodatkowych. Przede wszystkim tutaj nie trzeba inwestować majątku w towar. Towarem są domeny, a te nowe można rejestrować za 12zł, przynajmniej te z końcówką .pl. Dość szybko więc można zbudować całkiem pokaźne portfolio. 

Przełamując życiowy trend zastanawiania się ale nie podejmowania zdecydowanych działań, zarejestrowałem trzy domeny, dwie .pl i jedną .ae. Skromnie biorąc pod uwagę, że w ciągu dwóch dni miałem zapisanych kilkadziesiąt pozycji, ale na start dobre i to. Teraz pojawił się problem utylizacji ich, czyli sprzedaży. Zdaję sobie sprawę, że są domeny sprzedawane za tysiące złotych. W tym samym czasie mam świadomość, że jest wiele potencjalnie dobrych domen, które przez długi czas zostają bez nowego właściciela. Co odróżnia jedne od drugich? Chyba to co w przypadku wszystkich podobnych sytuacji - dotarcie do odpowiedniego klienta. Wrzucając domenę tanieksiazki.pl na giełdę domen mogę się nie doczekać kupca przez miesiące. Jeśli jednak zaparkuję tą domenę i pozwolę jej na generowanie konkretnej ilości odwiedzin, to za pół roku kierując ofertę sprzedaży do dowolnie wybranej księgarni internetowej, mogę liczyć na bardzo pozytywny odzew. 

Jako świeżo upieczony właściciel adresów piwopszeniczne.pl i sprzedambezprowizji.pl, będę na tych dwóch przykładach uczył się promocji oraz budowania wartości domen. O przebiegu działań i postępach będę informował na bieżąco. Jak na razie jedynym newsem jest to, że nawet w takim kraju jak Zjednoczone Emiraty Arabskie nie pozwolą Ci zarejestrować takiej domeny jak android.ae. A szkoda, miała potencjał. 

Wednesday, 4 July 2012

Matematyka (zysków i) strat.

Sprzedałem właśnie swoje pierwsze auto w Polsce i od razu mówię, że nie zrobiłem na tym interesu życia a wręcz przeciwnie. Cóż, nauczyło mnie to niewątpliwie paru rzeczy jak: 


  1. Za wszelką cenę unikaj sprzedaży auta bez ubezpieczenia. Samochód, któremu skończyło się ważne ubezpieczenie znacznie traci na wartości. 
  2. Diabeł tkwi w szczegółach. Warto zainwestować trochę czasu i parę złotych, żeby przygotować swój samochów do sprzedaży. 
  3. Połowa klientów, którzy deklarują pojawianie się na jazdę próbną, nigdy tego nie robi. 

Rzeczy niby oczywiste, a jednak tak często zapomniane. Spojrzałem na ten cały proces z punktu widzenia biznesowego. Jeśli prowadzisz działalność, która przynosi Ci straty to zamiast czekać w nieskończoność, aż w końcu stanie się cud i zacznie na siebie zarabiać, podejmij męską decyzję. Odetnij nierentowne gałęzie działalności, wpisz straty w rachunek ogólny i nie brnij w to dalej. To będzie Cię kosztowało za dużo nerwów i czasu, a to wszystko można przeliczyć tak czy inaczej na pieniądze. Jeśli trzymasz na magazynie od pół roku towar i nie zeszła Ci nawet jedna sztuka to przyjmij do wiadomości, że popełniłeś błąd. Towar wystaw po kosztach (lub nawet nieco poniżej), odzyskaj z tego ile się da i zainwestuj to w coś innego, co ma szansę przynieść Ci zysk. 


Dla mnie sprzedaż auta z dużą stratą była tym samym. Za dwa miesiące, kiedy skończył by mu się przegląd to mógłbym sprzedać go jedynie po cenie złomu. A żeby sprzedać go po cenie zakupu, musiałbym zainwestować w nowe ubezpieczenie, jakieś remonty itd. Koniec końców szacuję, że włożyłbym ok. 2000zł żeby cena auta wzrosła o 1500zł... 

Cóż, jak widać nawet ze sprzedaży starego Golfa można wyciągnąć lekcję biznesową. Tylko teraz trzeba się rozejrzeć za nowym środkiem transportu.