Saturday, 11 August 2012

Arytmetyka strachu.

Co wiedziałem od dawna, a co potwierdza moja ostatnia lektura, strach ma wielkie oczy. Pragniemy w życiu zmian jednocześnie się ich bojąc. Wiele osób mówi, że chciałoby rzucić wszystko i wyruszyć w podróż dookoła świata. Dlaczego chcą podróżować? Bo to ekscytujące i pozwala poznawać wiele nowych miejsc, sytuacji i ludzi, odpowiadają zgodnie. Dlaczego tak niewiele osób decyduje się na to? Bo wywołuje to w nich strach. Ci sami nowo poznani ludzie, miejsca i sytuacje, które powodują w nich poczucie ekscytacji i tęsknoty, wywołują w ludziach wielkie poczucie strachu. 

Nic dziwnego, skoro przez lata nam się wmawia, że celem naszego życia jest ukończenie podstawówki, liceum, studiów a potem praca na etacie. Po co nam praca na etacie? Żeby uzbierać na emeryturę. Prosty i jasny plan, wydawałoby się. Jest to tak doskonały plan, że nikt nie poddaje go pod wątpliwość... dopóki nie jest już za późno. A co gdyby postarać się żyć tu i teraz? "4 godzinny tydzień pracy" ma wiele odpowiedzi na takie pytania. 

Tak naprawdę to wszystko jest w naszym zasięgu, to tylko kwestia przestawienia myślenia. Nie trzeba być milionerem żeby podróżować po świecie, zazwyczaj jest to dużo tańsze niż nam się wydaje. Wystarczy usiąść i policzyć, ja tak zrobiłem i teraz już wiem, że nie muszę  być milionerem żeby spełniać swoje marzenia. Nie za 10 czy 20 lat, ale tu i teraz. I wbrew pozorom te wszystkie przemyślenia nie przyszły do mnie po przeczytaniu jednego z wielu nawiedzonych poradników lifestyle, ale po skończeniu lektury książki biznesowej. 

Usiadłem wczoraj przy kawie i zacząłem się zastanawiać, jak to jest z tym moim strachem (od czytania mądrych książek człowiek nie staje się globetrotter'em, boję się zmian tak samo jak każdy). Stwierdziłem, że ludzie boją się często podejmowania radykalnych decyzji z obawy, że stracą to co już mają a potem ciężko im to będzie odzyskać. A więc usiadłem z kartką papieru i zrobiłem podsumowanie: 

nieruchomości: BRAK
ruchomości: znikome
oszczędności: BRAK
kariera: BRAK
kredyt na mieszkanie: BRAK
dzieci: BRAK
alternatywne mieszkanie: TAK
możliwość podjęcia w dowolnie wybranym momencie
awaryjnego zajęcia zarobkowego: TAK

podsumowanie: Nie mam żadnych zobowiązań, nic co musiałbym zostawiać za sobą, nic czego mógłbym żałować. Jeśli coś nie pójdzie to zawsze mogę wrócić do domu rodzinnego i tam zamieszkać, po czym zacząć od momentu, w którym skończyłem. 

A więc skąd ten strach? No właśnie. Większość ludzi pracuje całe życie po to żeby jeździć raz na rok na dwutygodniowe wakacje a na emeryturę osiąść i liczyć ile im brakuje na lekarstwa, ile na rachunki a ile na czynsz. Tak przynajmniej wygląda to w realiach polskich. Ja jednak spróbuję żyć tu i teraz. Jeśli by wziąć kartkę papieru i zrobić podsumowanie to niechybnie okazałoby się, że większym ryzykiem całościowo patrząc jest czekania na swoją emeryturę w Polsce, niż podróżowanie po całym świecie i poznawanie czym naprawdę jest życie. Chcę pracować i zarabiać, ale na moich warunkach. 

Krok pierwszy już chyba zrobiłem. Właśnie zaoferowano mi pracę w bodajże największej sieci biur nieruchomości w Polsce, zaczynam w poniedziałek. Na rozmowie kwalifikacyjnej z lokalnym dyrektorem poszło mi tak sobie, nie do końca byłem z siebie zadowolony. Dyrektorowi regionalnemu, z którym miałem drugą rozmowę nie dałem już żadnych szans... Co to dla mnie oznacza? Pracę, w której 100% Twojej wypłaty wynika w 100% z Twojego zaangażowania oraz luźne godziny. Niezły początek :-)  



Thursday, 9 August 2012

4 godzinny tydzień pracy.

Po wielu dniach kompletnego bezruchu, gdzie większość czasu zajmowało mi śledzenie kolejnych niepowiedzeń polskich olimpijczyków i zastanawianie się nad brakiem ukierunkowania w swoim życiu, powoli zaczyna się odwilż. Sam do końca nie wiem czym jest ona spowodowana. Jakiś znaczących sukcesów na swoim koncie, które mogłyby przywrócić mi wiarę w siebie samego nie odnotowałem. No chyba, że za sukces można uznać przejście do drugiego etapu rozmowy kwalifikacyjnej, na którą zaprosiło mnie największe biuro nieruchomości we Wrocławiu. 

A może ta odwilż ma związek z moją nową lekturą pt. '4-godzinny tydzień pracy', autorstwa Timothy'ego Ferriss'a. Sam jej tytuł brzmiał dla mnie na tyle odstraszająco, że książka ta przeleżała na półce nietknięta od momentu, w którym wprowadziłem się do obecnego mieszkania (zostawił ją właściciel, który sam mieszka w UK). Dzisiaj jednak coś mnie natchnęło i postanowiłem dać jej szansę, jak na razie zapowiada się całkiem nieźle. Jedna rzecz już teraz odróżnia ją od podobnych publikacji, no, może dwie rzeczy. Po pierwsze - autor na poczucie humoru. Po drugie, ma dystans do siebie samego i nie kreuje się na wizjonera biznesu. A przynajmniej nie tak natarczywie jak to robią wszyscy autorzy książek związani z Apple. Chociaż tak naprawdę to ja nie o samej książce chciałem, bo i na jej temat mam stosunkowo niewiele do powiedzenia. Autor opisywał na początku krótką historię swojego życia. Nie było to życie natchnionego geniusza, nie przejawiało w początkowych fazach końcowego sukcesu i było pełne projektów, które nie wypaliły. 

Sięgnąłem więc pamięcią do lat dawnych i zacząłem sobie przypominać jak to było, kiedy jeszcze nie bałem się nowych projektów. Szybko stwierdziłem, że można w historii mojego życia znaleźć sytuacje wskazujące na to, że może koniec końców, ale do czegoś się nadaję. 

Kiedy miałem jakieś 17 lat, zostałem redaktorem na drugim co do wielkości portalu o grach komputerowych w Polsce. Już wtedy nie miałem problemu z tłumaczeniem materiałów anglojęzycznych i układaniem ich w zgrabne zapowiedzi wydawnicze czy recenzje nowości. 

Jakoś mniej więcej w tym samym czasie spędziłem 1.5 roku współredagując młodzieżowy program w radiu katolickim. Do swoich największych sukcesów w tej dziedzinie uważam fakt, że w ogóle tak długo się tam utrzymałem biorąc pod uwagę mój nosowy, bardzo mało radiowy głos. No i jako sukces oczywiście zaliczam również puszczanie na antenie piosenek Pearl Jam czy Nirvany...

Kolejny przejaw geniuszu to moja chyba miesięczna kariera przy sprzedaży produktów Tele2 (tanie rozmowy z telefonów stacjonarnych). Po kilku dniach spędzonych na łażeniu od drzwi do drzwi, kiedy to byłem lekceważony, olewany i ignorowany, siadłem i wziąłem się na sposób. Chwyciłem za książkę telefoniczną i obdzwoniłem 10-12 podstawówek, umawiając się na spotkania z dyrektorami. Miałem nie więcej niż 20 lat i absolutnie żadnego doświadczenia w sprzedaży. Jeśli dobrze pamiętam, to podpisałem kontrakt w każdej z tych szkół. 

W którymś momencie w liceum stwierdziłem, że na wiedzy da się zarobić. Książki z polskiego dostępne na rynku były do niczego, za nic nie dało się z nich uczyć, trzeba było bazować na notatkach. Stwierdziłem, że skoro ja mam ten problem, to pewnie inni też. W około pół rogu przygotowałem opracowanie wszystkich epok literackich, łącznie z biografiami, słowniczkami i omówieniem najważniejszych zagadnień. Opracowanie było drukowane i sprzedawane za... 150zł.  Udało się ich sprzedać 3-4, ale sam fakt tego, że ktoś to kupił był dla mnie wielkim sukcesem. Gdyby udało się zmniejszyć koszty druku lub rozpowszechniać to inaczej niż w formie drukowanej, zyski mogły być nieporównywalnie większe. 

Jak widać, jakieś tam przebłyski myśli przedsiębiorczej miałem. Młody wiek jednak cechował mnie bardzo krótkoterminowym zaangażowaniem w rozpoczynane projekty, dlatego też żadna z tych rzeczy nie przyniosła wymiernych korzyści. Jednak wracając wspomnieniami do tamtych chwil w takim momencie jak ten, kiedy pracy i perspektyw brak pocieszam się, że może jeszcze nie wszystko stracone. Bo skoro to coś było we mnie od najmłodszych lat to znaczy, że nadal tam jest. 

Wracam do lektury...

Thursday, 2 August 2012

Idealnego pracownika zatrudnię od zaraz.

Jakieś dwa tygodnie poszukiwania nowego zajęcia za mną, jakie rezultaty? Biorąc pod uwagę, że jest po 10 rano a ja siedzę w domu pijąc kawę, oglądając poranną telewizję i myśląc co zrobić na obiad, to marne. Jednak nie można powiedzieć, że zmarnowałem ten czas, co to to nie. Udało mi się bowiem stworzyć obraz idealnego polskiego kandydata do pracy, a kandydat taki musi spełniać w tym samym czasie wszystkie poniższe warunki: 

  • wiek do 25 lat
  • absolwent studiów wyższych 
  • status studenta
  • co najmniej trzy lata doświadczenia zawodowego
  • grupa inwalidzka
  • zarejestrowany w urzędzie pracy
  • gotowy do odbycia trzymiesięcznego bezpłatnego stażu, co najmniej 40 godzin tygodniowo

Okej, może trochę przesadziłem, ale poziom mojej frustracji wzrasta wprost proporcjonalnie do czasu spędzonego bez sensownego, kreatywnego zajęcia. Najbardziej mnie jednak wkurza świadomość, że po przejściu tych całych cudacznych procesów rekrutacyjnych okazuje się, że Twoja praca będzie polegała na odpisywaniu na maile i sortowaniu poczty. Co nie przeszkadza pracodawcy szukać kandydata z wyższym wykształceniem, kilkoma lat doświadczenia na podobnym stanowisku, mówiącego w co najmniej trzech językach i spełniającego szereg innych bezsensownych wymagań. A jak już je spełniasz to przydałoby się, żebyś miał status studenta lub grupę inwalidzką, bo Twój nowy pracodawca za wszelką cenę  chce uniknąć płacenia wyższych ZUS'ów. Tutaj jednak (niestety) muszę przyznać trochę racji. Fakt, że jeden problem to podejście przyszłych pracodawców do procesu rekrutacji, ale inna sprawa to podejście rządzących, którzy nijak nie pomagają młodym w zdobyciu pracy. 

Z zachodu przejęliśmy wiele wzorców, np. procesy rekrutacji pracowników. Ktoś jednak zapomniał, że idealni kandydaci nie rosną na drzewach, że aby ich szkolić jest potrzebny odpowiedni system edukacji, z programem dostosowanym do aktualnych potrzeb rynku pracy. A że to wymaga dużo czasu, wysiłku i pieniędzy to tak kręci się ta karuzela. Oni udają, że szukają pracowników idealnych, my udajemy, że tymi pracownikami jesteśmy... 

p.s. Tylko rodzi się we mnie coraz większy żal jak na to patrzę. A gdzie miejsce w tym wszystkim dla młodych i ambitnych ludzi, którzy jedyne czego potrzebują żeby udowodnić swoją wartość, to danie im szansy?