Sunday, 23 June 2013

"Żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce" - o motywacji pracowników, część dalsza.

Tak. Ja nadal z tą motywacją się ścieram. I z czasem zamiast być mądrzejszym, ja coraz bardziej głupieję. Szczyciłem się kiedyś tym, że jeśli na samym początku wyrobiłem sobie o kimś opinię, to zazwyczaj się nie myliłem. Widać z czasem utraciłem tą umiejętność, widać to jak na dłoni jeśli chodzi o moich pracowników.

Jak to jest, że jedna i ta sama osoba potrafi w jednym tygodniu być zmotywowana, chętna do pracy i pomocna, a w drugi, w czasie godzin pracy, pisać na Facebook'u, że nie może doczekać się końca dnia? Pewnie, jesteśmy tylko ludźmi i nie zawsze musi nam się chcieć. Ale żeby mieć aż takie wahania? W jednym tygodniu dajesz z siebie 120%, w drugim ledwo można od Ciebie wydusić minimum? Niepojęte. 

Niestety, ale przyszedł czas na zmiany kadrowe. Od momentu, w którym zatrudniłem pierwszą osobę w swoim regionie mija ok. pół roku. Jak na razie starałem się żyć w przekonaniu, że z każdą z tych osób da się pracować, da się coś osiągnąć i wpłynąć na nich tak, że będą oferowali chociaż minimum zaangażowania i chęci do pracy. Bo to, że ktoś się w pracy stawia nie oznacza, że chce mu się  w ogóle pracować, racja? Próbowałem wielu metod, zazwyczaj takich, które można określić jako kreatywne czy twórcze. Chciałem zaangażować moją ekipę w działanie, w życie tych punktów sprzedaży. Życie jednak pokazało w trakcie tego procesu wiele swoich paradoksów. Bo jak inaczej nazwać to, że pracownik absolutnie kocha swój punkt sprzedaży i jest z nim mocno związany emocjonalnie, ale do samej firmy ma już awersję. I tej miłości do punktu nie potrafi przełożyć na zaufanie do swojego pracodawcy. Fakt, że w tym konkretnym przypadku był to pracownik niejako 'przejęty' po poprzednim Kierowniku Regionalnym, a więc i wypaczony wieloma miesiącami zwalania winy za wszystko co złe na Firmę. Bo taki niestety poziom mój poprzednik reprezentował. Także późniejsze zadanie naprostowania tego człowieka na jakiś sensowny tok myślenia miało znamiona pracy Syzyfowej. Co tylko udowodniłem, że mam dobre zamiary i standardy współpracy z firmą się zmienił, odbijałem się od muru uprzedzeń. 

Pół roku to dobry okres. Każdego można już mniej więcej zweryfikować, poznać i zobaczyć ile jest wart. Okazuje się, że osoby, z którymi nie wiązałem jakiś wielkich nadziei zatrudniając je okazują się pracowitymi i zaangażowanymi żuczkami, a te, które na początku sprawiały wrażenie solidnych i obiecujących, po czasie okazują się niezorganizowane, chaotyczne i absolutnie niereformowalne. Nie wiem jak nazwać już sytuację, w której przeprowadzam z kimś 'poważną rozmowę ostatniej szansy', a ta osoba dzień czy dwa później wrzuca na swoim Facebook'u (będąc w tym samym czasie w pracy), że jej się strasznie dłuży, albo prowadzi dyskusje z koleżankami o tym, jak to bardzo jest chora. Nie ma gorszego typu osoby niż ta, która nieustannie szuka zainteresowania innych osób, cały czas musi mieć na sobie skupioną uwagę innych. A w tym przypadku ma to już jakieś znamiona chorobowe. Boli Cię rano gardło i musisz od razu o tym powiedzieć wszystkim...? Żenada. 

Ale, że udało mi się osiągnąć to co chciałem, a więc przejść w firmie do zadań związanych z jej rozwojem bardziej niż zarządzaniem punktami sprzedaży, to może całe zamieszanie związane z szukaniem nowych osób zostawię mojemu następcy? Niech sam sobie dobierze współpracowników. 

Chyba te cztery miesiące moich rządów nie wyszły tak źle. Firma zarobiła na tych samych punktach ponad 150,000zł więcej niż w zeszłym roku, udało mi się zrekrutować cztery osoby, z których dopiero po pół roku jedna okazuje się nie nadawać. Zmodernizowałem mocno pracę stoisk, kładłem nacisk na obsługę klienta, ekspozycję towaru, używanie technik sprzedażowych, umiejętność odpowiedniego doradzania. Sam mój awans jest chyba potwierdzeniem tego, że moja filozofia była słuszna. No i to, że region północny, zarządzany przez zarozumiałego Warszowioka każdego jednego miesiąca dostawał od mojego i to za każdym razem coraz większą przewagą. 

Dość chwalenia się, to co było to już za mną. A przede mną wiele miesięcy ciężkiej pracy. W końcu chcemy wkroczyć na rynek Brytyjski.... 

No comments:

Post a Comment